W Waszyngtonie narasta przekonanie, że wraz z przedłużaniem się konfliktu na Bliskim Wschodzie cele USA i Izraela zaczną się rozchodzić. Według amerykańskich urzędników stabilizacja światowego rynku ropy jest dla Stanów Zjednoczonych większym priorytetem niż dla Izraela. Biały Dom poprosił więc Izrael, by nie atakował ponownie obiektów związanych z ropą bez wyraźnej zgody Waszyngtonu. "Chcemy stabilności. Netanjahu? Niekoniecznie, zwłaszcza w Iranie" - mówi Axios urzędnik z otoczenia prezydenta.
- Stany Zjednoczone koncentrują się na stabilizacji światowego rynku ropy i celach militarnych, podczas gdy Izrael skupia się na eliminacji irańskiej kadry przywódczej i zmianie reżimu.
- Armie i służby wywiadowcze obu krajów działają razem, choć cele i metody obu stron nie zawsze się pokrywają.
- Jakie wątpliwości mają doradcy Donalda Trumpa? O tym poniżej?
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Amerykańscy urzędnicy podkreślają, że utrzymanie wspólnego kierunku w wojnie na Bliskim Wschodzie ma kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu konfliktu - ewentualny rozłam między sojusznikami mógłby przesądzić o wyniku wojny. Trzech doradców prezydenta USA powiedziało portalowi Axios, że ich zdaniem Trump będzie chciał zakończyć główne operacje wojskowe w Iranie szybciej niż izraelski premier.
Na razie jednak relacje obu przywódców zdają się być wyśmienite, tym bardziej że sytuacja w cieśninie Ormuz sprawia, iż szybkie wycofanie się Stanów Zjednoczonych z konfliktu jest mało prawdopodobne.
Współpraca wojskowa USA i Izraela pozostaje zgodna - armie i służby wywiadowcze działają wspólnie, choć ich cele są odmienne. Stany Zjednoczone koncentrują się niemal wyłącznie na celach militarnych, podczas gdy Izrael prowadzi także operacje ukierunkowane na eliminację wysokich rangą osób oraz działania, które mogą przygotować grunt pod zmianę reżimu w Iranie.
Jak podkreślają wysocy rangą amerykańscy urzędnicy, Trump traktuje ewentualną zmianę reżimu jako "dodatkową korzyść", a jego głównym celem pozostaje osiągnięcie konkretnych rezultatów militarnych: zniszczenie irańskiego programu rakietowego i jądrowego, osłabienie marynarki wojennej oraz ograniczenie finansowania sojuszników Teheranu.
Izrael ma inne priorytety i wiemy o tym - przyznał urzędnik Białego Domu w rozmowie z portalem Axios. Izrael będzie próbował zabić nowego przywódcę. Są tym znacznie bardziej zainteresowani niż my - dodał inny.
Różnice te były widoczne już na początku konfliktu. Podczas pierwszego uderzenia Izrael skoncentrował się na eliminacji irańskiego przywództwa, natomiast USA - na neutralizacji rakiet i dronów zagrażających ich bazom w regionie. Izrael do dziś prowadzi działania o szerszym zasięgu.
Jednym z wyraźnych punktów spornych było zbombardowanie przez Izrael irańskich zbiorników na ropę. Dla Stanów Zjednoczonych stabilność światowego rynku surowców ma większe znaczenie niż dla Izraela. Biały Dom miał więc poprosić Tel Awiw, by nie przeprowadzał kolejnych ataków na infrastrukturę naftową bez wyraźnej zgody Waszyngtonu.
Izrael nie ma nic przeciwko chaosowi. My go nie chcemy. Chcemy stabilności. Netanjahu? Niekoniecznie, zwłaszcza w Iranie. Oni nienawidzą irańskiego rządu znacznie bardziej niż my - powiedział jeden z urzędników Białego Domu.
Mimo pewnych zgrzytów relacje Trumpa i Netanjahu pozostają wciąż bliskie. Poprawiły się po 12-dniowej wojnie w czerwcu ubiegłego roku, którą Trump uznał za "wielki sukces" i za którą w dużej mierze przypisał zasługi izraelskiemu premierowi. W jej następstwie rozpoczął kampanię na rzecz ułaskawienia Netanjahu i zakończenia jego procesu o korupcję.
Choć część urzędników w Waszyngtonie w ostatnich miesiącach podchodziła do intencji izraelskiego przywódcy z rezerwą, sam Trump wydaje się być zadowolony.
Po zabiciu szefa irańskich służb bezpieczeństwa, Alego Laridżaniego, część analityków wskazywała, że mógł on być bardziej skłonny do negocjacji pokojowych niż inni przedstawiciele irańskich władz, Trump jednak wyraził zadowolenie z tej operacji.
Netanjahu nie ukrywa, że działania Izraela będą kontynuowane i jest gotowy na więcej. Według Axiosa pokazał nawet ambasadorowi USA w Izraelu, Mike’owi Huckabee'owi, kartę z nazwiskami irańskich przywódców, którzy zostali zabici lub są na liście do zgładzenia.
W tle pojawiają się także napięcia polityczne w samej administracji USA. Joe Kent zrezygnował ze stanowiska w Narodowym Centrum Antyterrorystycznym, twierdząc, że Stany Zjednoczone "rozpoczęły wojnę pod naciskiem Izraela". "Nie mogę z czystym sumieniem popierać trwającej wojny w Iranie. Iran nie stanowił bezpośredniego zagrożenia dla naszego kraju i jest oczywiste, że rozpoczęliśmy tę wojnę pod naciskiem Izraela i jego potężnego amerykańskiego lobby" - napisał Kent w liście.
Jesteśmy świadomi, że wygląda to tak, jakbyśmy wykonywali polecenia Izraela. Tak nie jest. Rozumiemy jednak tę percepcję i nie jest ona pomocna - powiedział starszy doradca Trumpa jeszcze przed rezygnacją Kenta.
Sam prezydent USA przyznał, że cele obu państw mogą się różnić. Wiecie, oni są tam, a my jesteśmy bardzo daleko - powiedział dziennikarzom.
Również europejscy dyplomaci wskazują na rozbieżności. Według nich sekretarz stanu Marco Rubio miał przyznać w rozmowach z partnerami w Europie, że istnieją różnice w podejściu USA i Izraela.
Pete Hegseth zapytany na konferencji prasowej w zeszłym tygodniu, czy Iran będzie musiał spełnić żądania zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Izraela, aby zakończyć wojnę, sekretarz obrony odpowiedział, że to Stany Zjednoczone podejmą decyzję o zakończeniu konfliktu. Nasze cele są naszymi celami. To my ustalimy tempo, w jakim zostaną one osiągnięte - zaznaczył.


