Jak ujawnił szef serbskiej Agencji Bezpieczeństwa Wojskowego, Djuro Jovanić, materiały wybuchowe, które odkryto przy strategicznym gazociągu Balkan Stream, zostały wyprodukowane w USA. Incydent wywołał polityczną burzę w regionie, a oskarżenia o próbę sabotażu padają na Ukrainę, Rosję, a nawet... sam rząd Węgier.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
W niedzielę serbskie służby bezpieczeństwa znalazły przy gazociągu ładunek wybuchowy "o dużej sile rażenia", który mógł "zagrozić dużej liczbie osób i spowodować poważne zakłócenia w dostawach gazu"- alarmował prezydent Serbii Aleksandar Vuczić.
Służby zdobyły informacje, że osoba z grupy migrantów w wieku poborowym będzie próbowała sabotować infrastrukturę gazową - przekazał serbski dziennik "Danas", cytując Djuro Jovanicia.
Na podstawie oznaczeń na materiałach wybuchowych widać, że zostały one wyprodukowane w USA - ujawnił Jovanić, szef VBA. Jednocześnie stanowczo odrzucił pojawiające się w mediach doniesienia, jakoby serbskie służby działały na zlecenie innych państw, próbując obarczyć Ukrainę odpowiedzialnością za próbę zamachu.
Jak zaznaczył, nie ma to do końca znaczenia, kto jest producentem materiałów wybuchowych. Nie oznacza to, że jest zleceniodawcą lub wykonawcą (zamachu) - powiedział.
Odkrycie ładunków wybuchowych natychmiast stało się tematem numer jeden w regionie. Premier Węgier Viktor Orban zwołał nadzwyczajną radę obrony i skierował wojsko do ochrony gazociągu po węgierskiej stronie granicy. Europa mierzy się obecnie z kryzysem energetycznym bez precedensu. Kraje europejskie potrzebują i będą potrzebować jeszcze więcej dostaw rosyjskich surowców energetycznych - podkreślił Orban, przypominając, że gazociąg Balkan Stream pokrywa aż 60 proc. węgierskiego zapotrzebowania na gaz.
W opublikowanym w sieci nagraniu Orban bezpośrednio oskarżył Ukrainę o próby "odcięcia Europy od rosyjskich dostaw surowców energetycznych". Ukraińskie plany są zagrożeniem dla Węgier - ocenił premier, a jego słowa natychmiast podchwyciły prorządowe media.
Szef węgierskiego MSZ Peter Szijjarto poszedł jeszcze dalej, określając niedzielny incydent jako "atak terrorystyczny", który "wpisuje się w serię ukraińskich ataków w ostatnich tygodniach".
Rzecznik MSZ Ukrainy Heorhij Tychyj stanowczo odrzucił próby powiązania jego państwa z incydentem, sugerując, że cała sprawa może być rosyjską operacją pod fałszywą flagą.
Tymczasem na Węgrzech, gdzie już za tydzień odbędą się wybory parlamentarne, sprawa gazociągu stała się jednym z głównych tematów kampanii. Lider opozycyjnej partii TISZA, Peter Magyar, zasugerował, że incydent mógł być rządową prowokacją. "Węgrzy mają wszelkie powody, by obawiać się, że ustępujący premier, kierując się radami rosyjskich agentów, próbuje zasiać strach w swoim społeczeństwie poprzez operacje pod fałszywą flagą" - napisał Magyar w mediach społecznościowych.
Gazociąg, przy którym odkryto materiały wybuchowe, jest kluczowym elementem systemu Balkan Stream. To właśnie nim rosyjski gaz ziemny płynie przez Turcję, Bułgarię i Serbię na Węgry, zapewniając bezpieczeństwo energetyczne regionu. W lutym Viktor Orban nakazał wzmocnienie ochrony infrastruktury energetycznej po serii oskarżeń wobec Ukrainy o próby zakłócenia dostaw gazu.


