Relacje między Turcją a Izraelem są coraz bardziej napięte. Wszystko przez różne interesy w regionie, ale też coraz ostrzejsze komentarze płynące zarówno z Tel Awiwu, jak i Ankary, wykraczające daleko poza standardową krytykę polityczną. W szczególnej trudnej sytuacji są teraz Stany Zjednoczone, które muszą ostudzić emocje między bliskowschodnimi rywalami.
- Relacje Turcji i Izraela są coraz bardziej napięte z powodu konfliktów regionalnych, ostrej retoryki i wzajemnych oskarżeń.
- Eksperci nie mają wątpliwości, że obaj przywódcy mają swój cel w eskalacji napięć.
- Choć konflikt zbrojny raczej nam nie grozi, zobacz, jak w światowym zestawieniu wypadają armie obu krajów.
- Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
Relacje między Turcją a Izraelem, które od dłuższego czasu nie są najlepsze, dodatkowo pogorszyły się po ataku Hamasu na Izrael i wojnie w Strefie Gazy, która de facto została zniszczona w wyniku izraelskich bombardować i celowych wyburzeń budynków.
Najnowsza odsłona napięć uwypukla szerszy konflikt geopolityczny dotyczący Iranu, wspomnianej Strefy Gazy i wpływów w regionie, np. w Syrii, gdzie obie strony mają swoje własne interesy i inny punkt widzenia na sprawy bezpieczeństwa.
W ostatnim czasie, w obliczu eskalacji wojny na Bliskim Wschodzie, retoryka obu stron stała się wyjątkowo agresywna. Kilka dni temu, już po ogłoszeniu zawieszenia broni w Iranie, turecki minister spraw zagranicznych Hakan Fidan otwarcie zarzucił Izraelowi, że celowo szuka nowego przeciwnika po konfrontacji z Iranem. Izrael nie może żyć bez wroga - stwierdził w wywiadzie dla agencji Anadolu. Widzimy, że nie tylko administracja (premiera Izraela Benjamina) Netanjahu, ale też niektóre postaci z opozycji dążą do ogłoszenia Turcji nowym wrogiem - dodał.
Wcześniej szef izraelskiego rządu w swoich mediach społecznościowych uderzył bezpośrednio w prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, oskarżając go o wspieranie organizacji terrorystycznych i hipokryzję w kwestiach praw człowieka. "Izrael pod moim przywództwem będzie kontynuował walkę z terrorystycznym reżimem Iranu (...), w przeciwieństwie do Erdogana, który (...) dokonał masakry własnych obywateli kurdyjskich" - napisał.
Odpowiedź Ankary była równie ostra. Turecki resort dyplomacji wydał oświadczenie, w którym porównał Netanjahu do jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości. "Netanjahu, który ze względu na popełnione zbrodnie bywa określany 'Hitlerem naszych czasów', jest postacią powszechnie znaną o wyraźnie udokumentowanej przeszłości" - czytamy w komunikacie MSZ Turcji.
Ankara przypomina, że Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania premiera Izraela pod zarzutem zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. "Obecnym celem Netanjahu jest torpedowanie trwających negocjacji pokojowych i kontynuowanie ekspansjonistycznej polityki w regionie. W przypadku niepowodzenia grozi mu proces we własnym kraju i prawdopodobne skazanie na karę więzienia" - wskazano.
Eksperci wskazują, że za fasadą ideologicznego sporu kryje się twarda polityka wewnętrzna, bo zarówno dla tureckiego prezydenta, jak izraelskiego premiera eskalacja konfliktu jest narzędziem do cementowania własnego elektoratu.
Gonul Tol, badaczka z amerykańskiego think tanku Middle East Institute, zauważa w rozmowie z Fox News, że ostry kurs wobec Izraela pomaga Erdoganowi odwrócić uwagę od problemów gospodarczych kraju. Nastroje antyizraelskie i propalestyńskie w Turcji są bardzo silne. W czasie, gdy Erdogan zmaga się z narastającymi problemami ekonomicznymi, ostra reakcja na oświadczenia Netanjahu przynosi mu korzyści wewnętrzne i umacnia jego wizerunek jako silnego przywódcy - mówi, dodając, że nie sądzi, by ostra retoryka przerodziła się w konflikt zbrojny.
Podobnego zdania jest turecki naukowiec prof. Huseyin Bagci, który zapewnia, że Ankara nie jest zainteresowana walką z Izraelem, ponieważ ma bardzo dobre stosunki z Waszyngtonem. Nie można być w dobrych stosunkach z Ameryką i popaść w konflikt z Izraelem - podkreśla.
Biorąc pod uwagę sam aspekt militarny, armie obu krajów należą do światowej czołówki, choć to Turcja zajmuje obecnie wyższą pozycję w tegorocznym rankingu Global Firepower.
Tureckie wojsko, będące obecnie na 9. miejscu w zestawieniu, jest uznawane za najsilniejsze w regionie Bliskiego Wschodu, co zawdzięcza ogromnemu potencjałowi ludzkiemu i dynamicznie rozwijającemu się własnemu przemysłowi obronnemu. Izrael, zajmujący natomiast 15. pozycję na świecie, co prawda dysponuje znacznie mniejszą liczbą żołnierzy niż Turcja, lecz jego siła opiera się na przewadze technologicznej, nowoczesnym lotnictwie oraz bardzo wysokim stopniu gotowości bojowej.
Biorąc pod uwagę wyłącznie potęgę militarną obu państw, wojna między Turcją a Izraelem jest skrajnie nieopłacalna, ponieważ doprowadziłaby do impasu. Zdaje się, że żadna ze stron nie posiada zdolności do zadania decydującego ciosu bez poniesienia katastrofalnych strat.
Nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone mają twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony Izrael jest najważniejszym partnerem Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie, z drugiej strony Turcja to członek NATO, w dodatku odgrywa kluczową rolę w mediacjach dotyczących zawieszenia broni w Strefie Gazy i Iranie oraz stabilizacji regionu.
Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że w poniedziałek z Barcelony wypłynęła nowa flotylla z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy, powiązana z Turcją. Budzi to o obawy o powtórkę z przeszłości: w 2010 roku izraelska marynarka wojenna zaatakowała na wodach międzynarodowych sześć statków przewożących 663 propalestyńskich działaczy, znanych jako "Pokojowa Flotylla"; zginęło wówczas co najmniej 60 aktywistów i 10 izraelskich żołnierzy. Wydarzenia te na lata zamroziły stosunki między państwami.
Biały Dom staje przed pytaniem: jak długo uda się utrzymać obu sojuszników przy jednym stole, gdy ich wzajemna nienawiść staje się fundamentem ich polityki zagranicznej? Na razie Waszyngton w tej sprawie milczy, ale pytanie, jak długo uda się mu się prezentować neutralną postawę.


