Gdy wczesnym rankiem nad Tracy Arm Fjord w południowo-wschodniej Alasce zapadła cisza, nikt nie spodziewał się, że za chwilę natura pokaże swoją niszczycielską siłę. W ciągu zaledwie kilku minut 64 miliony metrów sześciennych skał runęły do wód fiordu, wywołując falę o wysokości niemal 500 metrów. To drugie największe megatsunami, jakie kiedykolwiek odnotowano na Ziemi, jednocześnie jest przerażającym ostrzeżeniem dla świata, że zagrożenie narasta.
- Do megastunami doszło na Alasce w 2025 roku.
- To drugie największe megatsunami, jakie kiedykolwiek odnotowano na świecie.
- Badania opublikowane w czasopiśmie "Science" mówią o przyczynach tego zjawiska.
- Naukowcy zauważają, że kolejne takie katastrofy to tylko kwestia czasu.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Latem 2025 roku w jednym z najpiękniejszych zakątków Alaski rozegrał się dramat, który mógł zakończyć się tragedią na skalę światową. Tracy Arm Fjord - miejsce, które co roku przyciąga tysiące turystów spragnionych kontaktu z dziką przyrodą i majestatycznymi lodowcami - stało się areną potężnego megatsunami. Fala, która przetoczyła się przez fiord, była ponad dwa razy wyższa niż warszawski Pałac Kultury i Nauki.
Nowe badania naukowców ujawniają, że to właśnie wtedy, w środku nocy, doszło do gigantycznego osunięcia się zbocza góry. 64 miliony metrów sześciennych skał - to tyle, ile zmieściłoby 24 Wielkie Piramidy w Gizie - z impetem runęło do wody, wywołując falę o wysokości blisko 500 metrów. Gdyby wydarzyło się to kilka godzin później, fala mogłaby dosięgnąć statki wycieczkowe pełne turystów. To był łut szczęścia - przyznaje dr Bretwood Higman, geolog z Alaski, który jako jeden z pierwszych dotarł na miejsce katastrofy, cytowany przez BBC.
Obraz, jaki zastał dr Higman, był porażający - połamane drzewa, wyrwane z korzeniami i wrzucone do wody, ogromne połacie gór pozbawione roślinności, a skały - jeszcze niedawno ukryte pod lodem - teraz świeciły nagą, poszarpaną powierzchnią. Wiemy, że byli ludzie, którzy niemal znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Przeraża mnie myśl, że następnym razem możemy nie mieć tyle szczęścia - przyznaje naukowiec.
Czym właściwie są megatsunami? To gigantyczne fale powstające, gdy ogromne masy ziemi - najczęściej w wyniku trzęsienia ziemi lub osunięcia się skał - wpadają do wody, wypychając ją z olbrzymią siłą. W przeciwieństwie do "klasycznych" tsunami, które powstają na otwartym oceanie i mogą przebyć tysiące kilometrów, megatsunami są zjawiskami lokalnymi, ale ich siła w miejscu powstania jest niewyobrażalna.
Największe megatsunami w historii miało miejsce w 1958 roku, również na Alasce - wtedy fala osiągnęła ponad 500 metrów wysokości. Tegoroczne wydarzenie w Tracy Arm Fjord to drugi taki przypadek w dziejach pomiarów.
Najnowsze badania opublikowane w prestiżowym czasopiśmie "Science" nie pozostawiają złudzeń - to zmiany klimatu i postępujące topnienie lodowców są głównym czynnikiem zwiększającym ryzyko takich katastrof. Lodowiec przez lata stabilizował zbocze góry. Gdy się cofnął, odsłonił dolną część klifu, który nagle stracił podporę i runął do fiordu - tłumaczy dr Stephen Hicks z University College London.
Naukowcy ostrzegają, że to nie jest odosobniony przypadek. Alaska, z jej stromymi górami, wąskimi fiordami i częstymi trzęsieniami ziemi, jest szczególnie podatna na tego typu zjawiska. A liczba megatsunami - jak podkreśla dr Higman - wzrosła w ostatnich dekadach nawet dziesięciokrotnie.
Paradoksalnie, coraz więcej osób wybiera się w te rejony, by podziwiać piękno przyrody i... efekty zmian klimatu. Wycieczkowe statki, które regularnie wpływają do Tracy Arm, były o włos od znalezienia się w samym centrum kataklizmu. Część firm już zapowiedziała wycofanie się z tego kierunku, obawiając się o bezpieczeństwo pasażerów.
To miejsca niezwykle piękne, ale i niebezpieczne - ostrzega dr Hicks. Musimy zwiększyć monitoring zagrożeń i lepiej informować turystów o ryzyku - przyznaje.
Naukowcy nie mają wątpliwości - jeśli nie zatrzymamy zmian klimatu i nie zaczniemy lepiej monitorować zagrożonych terenów, podobne - a nawet większe - katastrofy są tylko kwestią czasu. To już nie jest pytanie czy, ale kiedy - podsumowuje dr Higman.


