Podczas gdy Donald Trump zachwyca się Xi Jinpingiem podczas swojej wizyty w Chinach, amerykański wywiad alarmuje: wykorzystując amerykańską wojnę w Iranie, Pekin zyskuje znaczącą przewagę nad Stanami Zjednoczonymi w każdej możliwej sferze. Ocena wywiadowcza wywołała niepokój w Pentagonie.
- Amerykański wywiad alarmuje, że Pekin wzmacnia swoją pozycję militarną, gospodarczą i dyplomatyczną, korzystając z zaangażowania USA na Bliskim Wschodzie.
- Chińczycy nie tylko sprzedają broń sojusznikom USA w Zatoce Perskiej, ale też pokazują, że skutecznie radzą sobie z kryzysem energetycznym.
- Najnowsza ocena wywiadowcza wywołała niepokój w Pentagonie.
- Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
W tym tygodniu, ale jeszcze przed wylotem prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa do Chin, na zlecenie Dana Caine'a, Przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, sporządzona została pewna ocena wywiadowcza. Poufna analiza, do której dotarł dziennik "Washington Post", szczegółowo opisuje, w jaki sposób Chiny wykorzystują wojnę w Iranie, by zmaksymalizować swoją przewagę nad USA na różnych polach, w tym militarnym, gospodarczym i dyplomatycznym.
W raporcie wykazano, że podczas wojny na Bliskim Wschodzie Chiny sprzedawały broń sojusznikom USA w Zatoce Perskiej. Co więcej, po tym, jak amerykańsko-izraelskie uderzenia na Iran skłoniły Teheran do zamknięcia cieśniny Ormuz, Pekin pomagał krajom całego świata borykającym się z problemem zaspokojenia potrzeb energetycznych.
To jednak nie wszystko - amerykański wywiad odnotował, że wojna z Iranem uszczupliła amerykańskie zapasy amunicji, które mogłyby się okazać kluczowe w ewentualnym konflikcie z Chinami o Tajwan. Starcia na Bliskim Wschodzie pozwoliły również Pekinowi zaobserwować, jak Amerykanie prowadzą wojny i na tej podstawie wyciągnąć wnioski z planowania przyszłych operacji - pisze "Washington Post".
W ocenie wywiadowczej zwrócono też uwagę na płynącą z Pekinu krytykę amerykańsko-izraelskiej wojny w Iranie. Dziennik zauważa, że Chiny od dawna dążą do podważenia wizerunku USA jako odpowiedzialnego strażnika międzynarodowego porządku opartego na zasadach i postrzegają konflikt jako przykład lekkomyślnego podejścia Waszyngtonu do działań zbrojnych.
Eksperci zauważają, że raport amerykańskiego wywiadu rzuca nowe światło na reakcję Chin na wojnę w Iranie, m.in. poprzez dostarczanie broni sojusznikom USA. Wzmacnia też rosnący konsensus, że konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie przechyla równowagę sił na korzyść Pekinu.
Donald Trump kilkukrotnie mówił, że zamknięcie cieśniny Ormuz przez Iran to poważny problem dla Chin, biorąc pod uwagę ich zależność od ropy naftowej z Zatoki Perskiej. Najnowsza ocena wywiadowcza wskazuje jednak, że Chiny poradziły sobie z niedoborami dzięki rozwojowi odnawialnych źródeł energii i dużym rezerwom surowców energetycznych.
Od początku wojny w Iranie Pekin nawiązał kontakty z wieloma krajami, w tym m.in. Tajlandią, Australią i Filipinami, pomagając im w zarządzaniu potrzebami energetycznymi i oferując dostęp do chińskich technologii zielonej energii. Państwo Środka w ten sposób wykorzystuje okazję, by wbić klin między między USA a ich sojuszników. "Washington Post" zauważa, że w przeszłości, podczas kryzysów energetycznych, Waszyngton zwoływał nadzwyczajne spotkania, pokazując, że to on czuwa nad sytuacją. Biały Dom nie jest obecnie zainteresowany podobnymi działaniami, co stwarza lukę, którą starają się wypełnić Chińczycy.
Twierdzenia, że globalna równowaga sił przesunęła się na korzyść jakiegokolwiek innego państwa niż Stany Zjednoczone, są zasadniczo fałszywe - przekonuje rzecznik Pentagonu Sean Parnell. Olivia Wales ze służby prasowej Białego Domu mówi natomiast: "USA zniszczyły zdolności militarne reżimu irańskiego w zaledwie 38 dni i obecnie duszą jego gospodarkę jedną z najskuteczniejszych blokad morskich w historii".
Ciężko jednak, by amerykańskie władze mogły odtrąbić sukces, skoro wojna na Bliskim Wschodzie nie daje żadnych oznak rychłego zakończenia. Ropa naftowa w czwartkowy poranek drożała, a bliskowschodni konflikt doprowadziła do rekordowego spadku światowych zapasów surowca, w tym w samych Stanach Zjednoczonych.
W czwartek doszło też do spotkania Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem. Choć amerykański prezydent jest zachwycony wszystkim, co widzi w Chinach, czemu wyraz dawał podczas publicznych wypowiedzi w Pekinie, przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej był bardziej powściągliwy.
Lider Państwa Środka ocenił, że w wojnach handlowych nie ma zwycięzców, a relacje gospodarcze między Stanami Zjednoczonymi a Chinami są korzystne dla obu stron. Ocenił przy tym, że świat znalazł się na "nowym rozdrożu" i zachodzą na nim "głębokie zmiany", wyrażając przekonanie, że Pekin i Waszyngton powinny współpracować, a nie rywalizować.
Xi Jinping mówił też o Tajwanie, który Chiny traktują jako swoje terytorium. Powiedział, że kwestia wyspy jest najważniejszą sprawą w relacjach amerykańsko-chińskich i może doprowadzić do konfliktu między oboma krajami. Jeśli zostanie odpowiednio rozwiązana, stosunki między oboma krajami będą mogły zachować całkowitą stabilność. Przy nieodpowiednim podejściu oba państwa mogą wejść w kolizję, a nawet konflikt, co popchnie całe relacje chińsko-amerykańskie w bardzo niebezpieczne obszary - stwierdził, cytowany przez agencję Xinhua.
Na Tajwanie mówią wprost, że Chińczycy mogliby przeprowadzić inwazję już w 2027 roku. Czy Stany Zjednoczone, osłabione przez wojnę na Bliskim Wschodzie, byłyby w stanie obronić swojego sojusznika?


