Czy najbliższe 10 dni wstrząśnie Europą? Właśnie tyle zostało do końca rosyjsko- ukraińskiego kontraktu na dostawy gazu dla Ukrainy oraz jego tranzyt do Europy. Wczorajsze bezpośrednie rozmowy premierów dwóch krajów nic nie dały.

Rosja, urządzając istną wojnę nerwów, chce tak naprawdę pokazać, kto rządzi w regionie; chce oddziaływać na sąsiednie kraje - umacniać lub osłabiać tamtejszą władzę. A przy okazji odpłaca się tym, którzy wcześniej Rosjan obrazili.

Jeśli do 1 stycznia nie zostanie podpisany nowy kontrakt na dostawę gazu, Gazprom nie będzie miał powodu, by kontynuować dostawy na Ukrainę - zapowiedział szef koncernu Aleksiej Miller. czytaj więcej

Przypomina to trochę maksymę „dziel i rządź”. Z tym jednak, że Moskwa znalazła swój własny podział – jednemu daje prawie za darmo, a drugi musi płacić niebotyczne sumy. Oczywiście zapłacą ci, których na Kremlu nie cierpią: Gruzja, Mołdawia i kraje nadbałtyckie, a najwięcej pomarańczowi Ukraińcy.

Przy tym Rosjanie doskonale wiedzą, jak dodatkowo upokorzyć niepokornych. Ukraiński premier, który przyjechał wczoraj do Moskwy, tuż przed spotkaniem z rosyjskim kolegą dowiedział się, że łasząca się do Kremla Białoruś dostanie gaz po 47 dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Od Ukrainy Moskwa żąda dokładnie pięć razy tyle - 230 dolarów.

Polskie władze, które pomagały Ukraińcom i porównywały reżym Putina do hitlerowskiego, raczej nie powinny liczyć na łaskę Moskwy. Ale czy w związku z tym powinniśmy się obawiać zdecydowanego skoku cen gazu? O tym posłuchaj w relacji reportera RMF Krzysztofa Zasady: