Ordynacja wyborcza – to dziś słowa klucze, konieczne do zrozumienia sporów w polskiej polityce. PO chce jednomandatowych okręgów wyborczych i ordynacji większościowej, PiS z kolei – ordynacji mieszanej. Co to oznacza?

Donald Tusk zgodę na rozwiązanie Sejmu uzależnił od zmiany ordynacji wyborczej i połączenia głosowania z wyborami samorządowymi. To jest propozycja zaporowa – uważa Jarosław Kaczyński i obstaje przy terminie majowym. czytaj więcej

Propozycja PO oznacza, że kraj zostałby podzielony na okręgi – w każdym byłoby około 80 tysięcy mieszkańców - z których wybierany byłyby jeden poseł. Wygrywa ten, kto ma najwięcej głosów. Kandydatów byłoby wówczas tylko kilku, a wyborca bardziej głosowałby na osobę, a nie na partię. Taka ordynacja zwiększa szanse kandydatów bezpartyjnych, ale dobrze znanych w regionie.

Jeszcze dziś Prawo i Sprawiedliwość ma złożyć projekt tzw. mieszanej ordynacji wyborczej. Połowa posłów miałaby być wybierana w jednomandatowych okręgach wyborczych, a połowa – według obowiązującej ordynacji proporcjonalnej. czytaj więcej

Ordynacja proporcjonalna, którą PiS chce stosować do wyboru połowy posłów, zakłada głosowanie na kandydatów z partyjnych list wyborczych – takich, jakie znamy chociażby z ostatnich wyborów. Głosy oddane przez wyborców są potem przeliczane i na tej podstawie przyznawane są mandaty. Nie ma gwarancji, że posłem zostanie osoba, która uzyskała większą liczbę głosów. Zwykle jest to kandydat, który zajmował pierwszą pozycję na liście – stąd głośny zawsze w trakcie kampanii wyborczych temat ustalania list wyborczych.

Oba projekty dążą do tego, by wyniki wyborów premiowały partie najsilniejsze. Jednak projekt PO jest tu bardziej radykalny.

Obecnie w Polsce mandaty poselskie rozdzielane są tylko między te ugrupowania, które przekroczyły pięcioprocentowy próg wyborczy; w przypadku koalicji jest to 8 procent. System ten preferuje najsilniejsze partie. Stosowana jest ordynacja proporcjonalna.