Medale, papierosy w tunelu i walka z systemem PRL. Jacek Wszoła w szczerej rozmowie dla podcastu RMF24 wrócił do największych sukcesów, ale też gorzkich momentów w swoim sportowym życiu. Dwukrotny medalista olimpijski mówi wprost: "Sport coś daje, ale i zabiera". Nie ukrywa, że starość jest dla niego trudnym doświadczeniem.
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Jacek Wszoła przyznaje, że w wieku niespełna 20 lat całkowicie podporządkował życie sportowi. To właśnie wtedy narodził się fenomen "deszczowego chłopaka" czy też "cudownego dziecka Montrealu", który w 1976 roku zdobył złoto olimpijskie w skoku wzwyż.
Co ciekawe, do startu przygotowywał go własny ojciec, polewając rozbieg wodą. Lejemy wodę po to, żebyś wiedział, co masz robić - w taki sposób ojciec przygotowywał naszego rozmówcę do deszczowej pogody. Ta nietypowa metoda okazała się prorocza, bo finał w Montrealu rzeczywiście odbywał się w ogromnej ulewie.
Jednym z najbardziej zaskakujących wątków rozmowy była historia papierosów palonych między skokami. Dziś taki obrazek wywołałby burzę w mediach społecznościowych, ale w latach 70. nikogo specjalnie nie szokował. Takie były czasy - śmieje się Wszoła. I dodaje z satysfakcją, że od dwóch lat nie pali i jest z tego dumny.
Były rekordzista świata podkreśla jednak, że największym przeciwnikiem sportowca nie zawsze byli rywale na stadionie. Czasem był nim system.
Najmocniejsze słowa padły, gdy rozmowa zeszła na igrzyska olimpijskie w Moskwie w 1980 roku i temat dopingu w krajach bloku wschodniego. Wszoła nie ukrywał, że już wtedy sportowcy wiedzieli, co dzieje się za kulisami.
Oni wszyscy będą nakoksowani, bo nie ma żadnej kontroli - wspominał słowa profesora z komisji medycznej MKOl. Zdaniem polskiego mistrza całe państwowe struktury były podporządkowane produkowaniu sportowych sukcesów.
Bierzemy pod uwagę dwadzieścia osób. Z tego trzech przeżyje i pojedzie - mówił brutalnie o systemie treningowym w NRD. Mimo tego zdobył w Moskwie srebrny medal, choć - jak przyznał - długo nie potrafił się z tym pogodzić, bo jechał po... złoto.
Dziś 69-letni Wszoła prowadzi spokojniejsze życie pod Warszawą, ale nadal regularnie ćwiczy i śledzi sport, szczególnie NBA. Nie ukrywa jednak, że starość jest dla niego trudnym doświadczeniem. - Siedemdziesiąt lat to nie przelewki - mówi bez ogródek.
Najbardziej żałuje jednak nie kontuzji czy przegranych konkursów, ale absurdów PRL-u. Godzin spędzonych pod gabinetami urzędników, by dostać paszport i móc wystartować za granicą.
Bardzo dużo energii szło w komin - wspomina. I właśnie w takich historiach najbardziej wybrzmiewa nie tylko legenda wielkiego sportowca, ale też portret przeszłości naszego kraju.


