Reprezentantka Polski w short tracku Natalia Maliszewska odpadła w ćwierćfinale na 500 m w olimpijskiej rywalizacji w Mediolanie. Mimo to, zamiast rozczarowania, dominowała u niej duma, że poradziła sobie mentalnie z tym, co spotkało ją cztery lata wcześniej w Pekinie.
- Więcej aktualnych informacji sportowych znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
Do stolicy Chin Maliszewska pojechała jako jedna z najpoważniejszych kandydatek do medalu na tym dystansie. Z powodu zawirowań związanych z pozytywnymi lub niejednoznacznymi wynikami testów na Covid-19 ostatecznie nie mogła wystartować. Kosztowało ją to dużo nerwów i łez. Przyjazd tutaj to było zderzenie się z tymi wszystkimi rzeczami, które wydarzyły się cztery lata temu. Nie było innego miejsca do przetestowania tego, co przeszłam na terapii, jak długo pracowałam nad tym, żeby w ogóle wrócić do takiego ścigania się na łyżwach, żeby mieć dalej tę radość - powiedziała dziennikarzom.
Przyznała, że było to jedno z największych wyzwań, jakiemu musiała stawić czoła przed startem we Włoszech. Czy było łatwo? Cholernie nie. Było bardzo trudno. Emocje związane z każdym momentem na igrzyskach: wyjście na stadion, na którym było otwarcie, zobaczenie znowu kół olimpijskich na każdym kroku, mieszkanie w wiosce olimpijskiej, posiadanie akredytacji... To są takie rzeczy, które gdzieś tam się uaktywniają jako emocje związane z - nie będę ukrywać - traumą - relacjonowała.
Starałam się jak najbardziej mogłam sprawić, żeby te rzeczy mnie nie przytłoczyły, ale musiałam się z nimi zderzyć. Nie było innej możliwości, jeśli chciałam tutaj być. Dzisiejszym biegiem pokazałam sobie, że jednak wygrałam... Dzisiaj w moim papierowym pamiętniczku zapiszę: "Nati, zrobiłaś dobrą robotę" - dodała ze łzami w oczach.
W Mediolanie 30-letnia zawodniczka wystartuje jeszcze na 1000 i 1500 metrów. Ta "pięćsetka" była głównym celem i główną myślą, ale igrzyska się jeszcze nie skończyły. Przede mną są jeszcze dwa dystanse, może nie idealne dla mnie, ale czuję, że danie z siebie wszystkiego może zaprowadzić mnie w miejsca, w których nie byłam. Mimo tego, że nie przeszłam dalej, to jeszcze broni nie składam - obiecała.
Dumna była także ze swojej postawy w biegu ćwierćfinałowym na 500 m. Tuż po starcie wyprzedziła Belgijkę Hanne Desmet, a potem próbowała minąć kolejną rywalkę - Chinkę Fan Kexin. Gdy przypuściła atak, straciła równowagę i przewróciła się.
Jestem zadowolona z tego biegu. Głównym celem było zyskanie pozycji na starcie, co udało mi się, mam wrażenie, niesamowicie. Kiedy weszłam przed Belgijkę, rozepchnęłam ją łokciami tyle, ile mogłam. "Usiadłam" szybko za Chinkę i wiedziałam, że ta część będzie się rozgrywała już tylko między nami. Czułam kółko wcześniej, że jest to moment, w którym lód nie za bardzo pozwala na takie manewry, szybkie zejście. Lód "zrywał" na tyle, że czułam, że już jadę na limicie - relacjonowała.
Podjęcie ryzyka było dla niej niezbędne. Z trzeciej pozycji mogła jeszcze uzyskać awans z czasem, czwarta oznaczała automatyczne odpadnięcie. Upadek albo wyprzedzenie Chinki - nawet się nad tym nie zastanawiałam, wiedziałam, że chcę to zrobić, bo nie miałam nic do stracenia. Upadek się zdarzył, ale był spowodowany tym, że chciałam przejść dalej. Podjęłam bardzo duże ryzyko, ale mam wrażenie, że i tak się opłaciło, bo choć wylądowałam na bandzie, uśmiech nie schodził mi z ust. Mimo tego że upadłam, cieszę się, że miałam okazję wystartować na tym dystansie i dać z siebie wszystko - podkreśliła.
Na torze wyglądała na szybszą od Chinki, ale nie potrafiła znaleźć miejsca, aby ją wyprzedzić, gdy już się do niej zbliżyła. Fan Kexin jest doświadczoną zawodniczką i ma taki tor jazdy, który nie jest ani szeroki, ani wąski. Jest torem blokującym. Wiedziałam, że ja umiem wyprzedzać, umiem wykonywać takie manewry, docisnąć. Ale już wiraż wcześniej czułam, że lód mi "zrywa". To było do zrobienia, ale nie wyszło - podsumowała.
Maliszewska to m.in. srebrna i brązowa medalistka mistrzostw świata i mistrzyni Europy na 500 m. W 2019 roku triumfowała w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata na tym dystansie.


