Pomnik, zdegradowany teren, pustka - to symbole, które dziś przypominają o zawaleniu się hali wystawowej Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie przy ulicy Bytkowskiej 1b. Tam, 28.01.2006 roku, życie straciło 65 osób, a ponad 170 zostało rannych. Akcja ratunkowa trwała 551 godzin. Od największej katastrofy budowlanej w Polsce wkrótce minie 20 lat.

  • 28 stycznia 2006 doszło do zawalenia się dachu hali Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie, co stało się największą katastrofą budowlaną w historii współczesnej Polski.
  • W wyniku procesu sądowego odpowiedzialność za tragedię poniósł m.in. projektant hali, Jacek J.
  • Przeczytaj poruszające historie ocalałych, heroicznych ratowników i rodzin, które przez lata walczyły o sprawiedliwość i odszkodowania.
  • Dowiedz się, jak błędy konstrukcyjne, zlekceważone ostrzeżenia i sroga zima doprowadziły do tragedii, której skutki odczuwane są do dziś.

To była wyjątkowo śnieżna zima na Górnym Śląsku. Jak wspomina meteorolog Damian Dąbrowski, śnieg zaczął się gromadzić już pod koniec listopada. Opady przy temperaturze 0-1 stopni sprawiały, że pokrywa robiła się ciężka. W styczniu na ulicach zalegało około pół metra zbitego, skutego od spodu lodem śniegu. Śnieg był też na dachu hali nr 1. Na powierzchni hektara zalegała warstwa śniegu i lodu, ważąca - według specjalistów - ok. 190 kg na mkw. Właśnie ten fakt miał ogromny wpływ na rozmiar chorzowskiej tragedii.

Sześć godzin pod rumowiskiem

Była godzina 17:15, gdy przechodzący obok terenów MTK usłyszeli huk i zauważyli, że zawalił się dach hali nr 1. Trzy minuty później był telefon do służb, dyspozycja ratowników, jazda na sygnałach. Strażacy dotarli na miejsce o 17:30. Według ich raportu temperatura wynosiła minus 17 stopni.

Pierwsze szacunki mówiły o tym, że w obiekcie, w którym odbywała się właśnie 56. Ogólnopolska Wystawa Gołębi Pocztowych, było od 500 do 700 osób. Ostatecznie okazało się, że w środku było 1329 osób - wystawców, zwiedzających, personelu, służb technicznych i porządkowych.

Jedną ze znajdujących się w środku była Sandrine Kosnicki - Francuzka z polskimi korzeniami. Po godzinie 17:00 na swoim targowym stoisku właśnie otwierała szampana. Wystrzał korka zlał się z szumem walącego się dachu. Na podłogę! - krzyknął jej ojciec. W rozmowie z reporterem RMF FM Marcinem Buczkiem przy okazji jednej z rocznic katastrofy wspominała, że niedługo później poczuła, że jest przygnieciona metalem i stalą. Mijały minuty i godziny.

Akcja ratunkowa była trudna. Największym problemem było dotarcie do poszkodowanych, ponieważ było mnóstwo warstw, przez które trzeba było się przedrzeć. To, co pamiętam, to był ogromny mróz, który przy takiej katastrofie nie pomagał - wspominał akcję Adam van der Coghen, pełniący w przeszłości funkcję naczelnika jurajskiej grupy GOPR.

Po sześciu godzinach ratownicy dotarli do Sandrine i wyciągnęli ją z rumowiska. Była ostatnią żywą osobą, którą wydobyto.

Trafiłam do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Miałam uraz nerek, złamany kręgosłup, gangrenę, do tego doszła sepsa. Zresztą urazów było więcej. Od razu trafiłam na oddział intensywnej terapii - opowiadała po ośmiu latach od wypadku. Kolejne miesiące spędziła w szpitalu i na rehabilitacji.

Kiedy leżała w szpitalu, długi rosły. Niewiele osób gotowych było pomóc. Ale po latach wreszcie udało jej się stanąć na nogi. Założyła hurtownię i zaczęła sprzedawać sportowe trofea. Wróciła też na wystawy gołębi.

Dwie oferty pracy i babcia poświęcająca się dla wnuczka

Tragedia pozostała jednak w codzienności Sandrine. Włączona nagle klimatyzacja w markecie, zdjęcia z wypadków i katastrof, zapach gołębi, nawet zbyt ciasne otulenie kołdrą - to wszystko przypominało jej wydarzenia ze stycznia 2006 roku.

O katastrofie Sandrine przypominała też historia jej pracownika - Radka. Miał nieco ponad dwadzieścia lat. Wahał się, bo miał wówczas dwie oferty pracy: w banku i od Sandrine. Wybrał jej propozycję. Tego dnia razem byli na targach. Zginął.

Wśród ofiar w pamięci Adama van der Coghena utkwiła starsza kobieta. Zapamiętałem najbardziej, jak wydostaliśmy spod tego zawaliska babcię z wnukiem, która swoim ciałem ogrzewała to dziecko. Ona tak naprawdę poświęciła się dla tego dziecka. To dziecko przeżyło, ona niestety nie - mówił przy okazji jednej z rocznic reporterce RMF FM Annie Kropaczek.

Ratownik Aleksander Machler, który rozmawiał z naszymi reporterami, w katastrofie stracił dwóch braci - najstarszego Zbigniewa i Andrzeja. Są wypisani na pomniku ofiar katastrofy, który powstał niedaleko miejsca, w którym była hala MTK. Sam Machler w czasie akcji udzielał pomocy poszkodowanym. Czas biegnie do przodu, myślałem, że będzie lżej. Ale to tak nie działa. Jest to samo. Powiem nawet, że ten obraz się wyostrza - zaznaczał w 2024 roku.

Mieczysław Ropolewski w katastrofie stracił pięcioro bliskich - m.in. żonę, córkę i zięcia. Rany się zabliźniają, ale nie zagoją się całkowicie - mówił w 10. rocznicę katastrofy.

"Małyszomania" i telefon

Byli też jednak ludzie, którzy choć uczestniczyli w targach, uniknęli śmierci. Często ratował ich przypadek. Tak było w przypadku Krzysztofa Gregera i Karola Lisieńskiego.

Byliśmy w środku. Mieliśmy dużo szczęścia, dlatego, że przesunęliśmy się na bok hali. Akurat ta część się nie zawaliła - mówił RMF FM Greger.

Szczęście polegało na tym, że właśnie na początku usiedliśmy do stolika, gdzie zginęła nasza koleżanka z Siemianowic, ale ze względu na to, że muzyka dość głośno grała i nie szło porozmawiać o gołębiach, przesunęliśmy się dalej. I to prawdopodobnie uratowało nam życie - dodawał Lisieński.

Jarosława Oleksego z Polskiego Związku Hodowców Gołębi uratował telefon. Zadzwonił, poszedłem do ubikacji, żeby go odebrać. Wtedy to wszystko runęło - opowiadał.

Bilet na targi o numerze 7500 miał Stanisław Kocot. W hali pojawił się z synem i to pasja syna sprawiła, że oboje opuścili halę przed katastrofą. Trwała "małyszomania". Syn powiedział: Tatuś, jedziemy na skoki. Dojechałem do domu, bo mieszkam 40 km stąd i dostałem wtedy telefon, że doszło do takiej katastrofy - wspominał.

Wielogodzinna akcja

Analiza katastrofy przedstawiona przez Komendę Wojewódzką Państwowej Straży Pożarnej w Katowicach wskazuje, że akcja służb na miejscu tragedii trwała 551 godzin. Gdy strażacy pojawili się na miejscu, wokół hali znajdowały się osoby, którym o własnych siłach udało się wydostać z zawaliska. Część z nich z powrotem próbowała się dostać do wnętrza hali, zapewne chcąc pomóc bliskim poszkodowanym. "Z wnętrza hali dochodzą głosy ludzi przygniecionych elementami dachu, wołających - proszących o pomoc" - wskazywali w raporcie strażacy.

Zawsze będę powtarzał, że kiedy pierwszy raz pojawiłem się na tej chwiejnej blasze w środku hali, znalazłem i usłyszałem dzwonki telefonów komórkowych, było przerażające. Czuje się (w takim momencie - przyp. RMF FM), że w tej pustce są ludzie - podkreślał w 10. rocznicę katastrofy generał Janusz Skulich, który dowodził akcją ratowniczą.

Szukać poszkodowanych pomagały wyszkolone do tego celu psy. Ofiary katastrofy trzeba było odkopywać spod śniegu łopatami czy kilofami. Konieczne było rozcinanie i podnoszenie konstrukcji zawalonego dachu za pomocą dźwigów, podnośników czy poduszek pneumatycznych. Kluczowe znaczenie miało także wykorzystanie kontenerów logistycznych, które zapewniały niezbędny sprzęt, organizację sztabu oraz łączność bezprzewodową, co umożliwiło sprawne koordynowanie działań wszystkich zaangażowanych służb.

W sumie akcja ratunkowa trwała 22 dni i 23 godziny. Bilans katastrofy to 65 ofiar i ponad 140 osób rannych.

Przyczyny katastrofy MTK

Bezpośrednio po katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich w Chorzowie, do której doszło 28 stycznia 2006 roku, Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego powołał specjalną komisję do zbadania przyczyn i okoliczności tragedii. W skład zespołu weszli przedstawiciele m.in. straży pożarnej, policji, władz samorządowych, inspekcji pracy oraz eksperci z Politechniki Śląskiej i Warszawskiej. Komisja przeprowadziła szczegółową analizę techniczną konstrukcji hali oraz dokumentacji związanej z jej budową i eksploatacją.

Z ustaleń komisji wynika, że bezpośrednią przyczyną katastrofy była utrata nośności kluczowych elementów konstrukcyjnych hali, w tym wiązarów, podciągów kratowych i słupów, spowodowana przeciążeniem śniegiem. Eksperci wskazali na błędy projektowe, wady konstrukcyjne oraz niestaranność montażu. Konstrukcja hali nie spełniała wszystkich wymagań norm projektowych, a jej dach nie był odśnieżany z należytą starannością, mimo wcześniejszych sygnałów o zagrożeniu. Już w 2002 roku doszło do awarii, która powinna była skutkować ponowną weryfikacją wytrzymałości konstrukcji - jednak takich działań nie podjęto.

Długa walka o sprawiedliwość

Z tego miejsca, tej hali, tej wielkiej katastrofy zwracam się do pana prezydenta Andrzeja Dudy, żeby zajął się tą sprawą, żeby dalej tych ludzi już nie przetrzymywać, żeby tę sprawę załatwić. Moja mama ma 81 lat i mówi mi: Synu, mówisz każdego roku, że ta sprawa zostanie załatwiona. Nie jest. Ja już tej sprawiedliwości nie doczekam - mówił w 10. rocznicę katastrofy Aleksander Malcher, ratownik, który stracił bliskich. Walka o sprawiedliwość była długa. Sądowe batalie zakończyły się dopiero w 2021 roku.

Proces ws. katastrofy hali MTK ruszył w maju 2009 roku. Oskarżonych zostało 11 osób, które w różnym stopniu miały przyczynić się do tragedii.

Oskarżeni chcieli uniewinnienia - w mowie końcowej jeden z byłych szefów MTK podkreślał, że nie zgadza się z żadnym z prokuratorskich zarzutów. Drugi twierdził, że nie wiedział nic o zagrożeniu katastrofą, ponieważ w firmie istniał jasny podział ról i zadań, a to nie on odpowiadał za kwestie techniczne.

Ta katastrofa to zbieg różnych okoliczności, o których nic nie wiedziałem - mówił jeden z oskarżonych. Inny domagał się wznowienia przewodu sądowego i powołania nowych biegłych. Sąd jednak odrzucił ten wniosek.

17 czerwca 2006 roku w Sądzie Okręgowym w Katowicach zapadł wyrok. Najwyższą karę - 10 lat więzienia - orzekł wobec Jacka J., który sporządził projekt wykonawczy budynku. Sędzia Elżbieta Pierzchała wskazywała, że projekt miał wiele błędów, a Jacek J. jest winny umyślnego sprowadzenia katastrofy.

Miał świadomość, że wybudowana w oparciu o jego projekt konstrukcji stalowej hala nie spełniała kryteriów nośności i wymagań podstawowych dotyczących bezpieczeństwa - wyjaśniała Pierzchała.

Sąd uniewinnił 3 osoby - przedstawicieli wykonawcy hali. Prokuratura żądała dla nich 6 lat więzienia.

Nie podzielamy argumentacji i ustaleń w zakresie osób generalnego wykonawcy i kierownika budowy. I w tym zakresie na pewno będzie zapowiedź apelacji - tłumaczyła wówczas prokurator Katarzyna Wychowałek-Szczygieł. Wyroki 3 i 4 lat więzienia usłyszeli członkowie zarządu i dyrektor techniczny MTK. W tej sprawie skazani na kary więzienia zostali także: inspektor nadzoru budowlanego w Chorzowie oraz rzeczoznawca, który wydał ekspertyzę w 2002 roku, kiedy doszło do awarii dachu.

W 2019 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach ogłosił wyrok w procesie Nowozelandczyka Bruce'a R. - byłego członka zarządu Międzynarodowych Targów Katowickich, oskarżonego o przyczynienie się do katastrofy hali MTK w 2006 r. Wcześniej Sąd Najwyższy, który rozpoznawał kasację prokuratury, uchylił wyrok uniewinniający R. i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania w II instancji. Ostateczny wyrok zapadł w tej sprawie w 2021 roku - Sąd Najwyższy oddalił kasację obrony Nowozelandczyka.

Odszkodowania po 13 latach

Poszkodowani w katastrofie MTK i ich bliscy na wypłatę odszkodowań i zadośćuczynień musieli czekać 13 lat. Według porozumienia małżonkowie, rodzice i dzieci ofiar katastrofy otrzymali po 200 tys. zł, rodzeństwo po 50 tys. zł. W sumie na ten cel przeznaczono 15 mln złotych. Był to efekt ugody zawartej ze Skarbem Państwa przez bliskich ofiar, którzy przystąpili do pozwu zbiorowego.

Ugoda ta była konsekwencją wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który prawomocnie przesądził o odpowiedzialności Skarbu Państwa za katastrofę. Pieniądze przekazane przez wojewodę śląskiego wypłacił w 2019 roku poszkodowanym urząd miasta w Chorzowie, na terenie którego znajdowała się hala.