Kuba i Kolumbia stały się epicentrum rekrutacji najemników do rosyjskiej armii walczącej w Ukrainie. Jak ujawnia hiszpański dziennik "El Pais", powołując się na ukraiński wywiad wojskowy i raport Międzynarodowej Federacji Praw Człowieka (FIDH), tysiące obywateli Ameryki Łacińskiej trafia na front, często nieświadomi ryzyka i brutalnych realiów wojny. "Nawet co piąty obcokrajowiec ginie w walce, a prawie połowa tych zgonów następuje w ciągu pierwszych czterech miesięcy od wysłania na pole bitwy" – alarmuje FIDH.
- Kuba i Kolumbia stały się głównymi ośrodkami rekrutacji najemników do armii rosyjskiej walczącej w Ukrainie.
- Jak alarmuje Międzynarodowa Federacja Praw Człowieka, cudzoziemcy z reguły od razu idą na front, stając się "mięsem armatnim".
- Rosjanie obiecują w zamian wysokie wynagrodzenie i rosyjskie obywatelstwo.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Moskwa, zmagająca się z rosnącymi stratami na froncie, coraz intensywniej poszukuje ochotników w krajach dotkniętych kryzysami gospodarczymi i społecznymi. W zamian za wysokie wynagrodzenie i obietnicę rosyjskiego obywatelstwa, werbuje ludzi gotowych podjąć ryzyko. Jednak rzeczywistość okazuje się brutalna - jak zauważa "El Pais", cudzoziemcy szybko stają się "mięsem armatnim".
Według raportu FIDH, średni czas przeżycia najemnika na froncie to zaledwie 150 dni. "Nawet co piąty obcokrajowiec ginie w walce, a prawie połowa tych zgonów następuje w ciągu pierwszych czterech miesięcy od wysłania na pole bitwy" - zauważa FIDH. Do tej pory w szeregach rosyjskiej armii zginęło już 3388 cudzoziemców.
Ukraiński wywiad wojskowy (HUR) potwierdził w marcu nazwiska ponad tysiąca Kubańczyków walczących po stronie Rosji. Jednak, jak podkreślają eksperci, rzeczywista liczba obywateli Kuby w rosyjskiej armii może sięgać nawet 20 tysięcy. "Część z nich zgadza się na wyjazd z powodów skrajnie trudnej sytuacji ekonomicznej" - wyjaśnia "El Pais".
Kolumbia, kraj zmagający się przez dekady z wewnętrznymi konfliktami, dziś jest jednym z największych "eksporterów" najemników na świecie. Kolumbijskie firmy, często prowadzone przez byłych wojskowych wysokiego szczebla, pośredniczą w rekrutacji do różnych krajów - nie tylko do Rosji, ale także do Ukrainy, Meksyku czy Sudanu.
Wstrząsające są relacje samych najemników. Jeden z Kolumbijczyków, który rozmawiał z dziennikarzami "El Pais", opisał dramatyczne warunki panujące na froncie. Obcokrajowcy trafiają na front po zaledwie 15 dniach szkolenia, a po odniesieniu ran są szybko kierowani ponownie do walki. Widziałem ludzi z jedną nogą, wysyłanych na linię frontu - opowiadał.
Nie tylko Kuba i Kolumbia są źródłem najemników. Coraz więcej sygnałów napływa także z innych państw Ameryki Łacińskiej. Ministerstwo spraw zagranicznych w Limie wezwało niedawno charge d’affaires Rosji w Peru do udzielenia informacji na temat obecności Peruwiańczyków w szeregach rosyjskiej armii.
Jak informuje peruwiański portal RPP, obywatele Peru byli werbowani pod pretekstem pracy jako agenci ochrony lub kucharze, z obietnicą wynagrodzenia w wysokości 20 tys. dolarów. Po przybyciu na miejsce odbierano im paszporty i telefony, pozbawiając możliwości powrotu.
Według danych z końca marca, w rosyjskiej armii walczą cudzoziemcy z aż 48 krajów. Najwięcej pochodzi z państw Azji Południowej i Wschodniej oraz Afryki. Jednak wśród najemników zidentyfikowano także obywateli państw Unii Europejskiej - m.in. z Łotwy, Bułgarii, Włoch, Francji, a także z Bośni i Hercegowiny.


