Cztery lata po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę rosyjska gospodarka zmaga się z narastającymi problemami. Wysokie wydatki wojenne, skuteczne sankcje Zachodu, wyczerpane rezerwy i pogłębiające się deficyty budżetowe sprawiają, że recesja staje się coraz bardziej realnym scenariuszem. Problem w tym, że - jak pokazuje historia i teraźniejszość - to wcale nie musi oznaczać kapitulacji Kremla. Przerażający wniosek jest taki, że w im gorszym stanie będzie rosyjska gospodarka, tym zacieklej wojska Władimira Putina mogą przeć naprzód.
- Gospodarka Rosji boryka się ze stagnacją, spadkiem realnych płac i problemami wynikającymi z sankcji Zachodu, które ograniczają import i dostęp do rynków finansowych.
- Pomimo problemów ekonomicznych, sankcje nie zmuszają Kremla do zakończenia wojny - historia pokazuje, że ekonomiczny nacisk rzadko przerywa konflikty zbrojne.
- Rosyjski system autorytarny skutecznie przystosowuje się do trudności, a wojna jest postrzegana jako walka o przetrwanie, co utrudnia kompromis i negocjacje.
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Rosja podwoiła wydatki na obronność i bezpieczeństwo wewnętrzne - w 2025 roku sięgnęły one 7,2 proc. PKB, a realne koszty są prawdopodobnie znacznie wyższe.
Wysiłek wojenny wspierany jest przez fundusze z innych sektorów - edukacji, świadczeń socjalnych, utrzymania i budowy infrastruktury cywilnej. Miejsca pracy tworzone są głównie - jak informował sam Władimir Putin w trakcie swojej kampanii wyborczej - w "sektorze bezpieczeństwa".
W ostatnim czasie do rosyjskich mediów głównego nurtu (w tym państwowych agencji, jak RIA Nowosti) przedostała się informacja o 250 tys. weteranów wojny w Ukrainie, którzy wrócili do Rosji i nie mogą nigdzie znaleźć zatrudnienia. Po interwencji "wysokiego rangą urzędnika Kremla" treść informacji przeredagowano, ale rzeczywistości tak łatwo zmienić się nie da i Moskwa będzie musiała zmierzyć się z kryzysem także na rynku pracy.
Tymczasem tempo wzrostu wynagrodzeń w Rosji gwałtownie hamuje. Według Centrum Analiz Makroekonomicznych i Prognoz Krótkoterminowych (CMASF), realne płace w Rosji wzrosną w najbliższych trzech latach o nieco ponad 1 proc. rocznie. To wyraźne spowolnienie w porównaniu z 8,2 proc. wzrostu w 2023 roku i 9,7 proc. w 2024 roku. Coraz więcej przedsiębiorstw wycofuje się z "wyścigu płacowego", ponieważ nie są już w stanie przerzucać rosnących kosztów pracy na konsumentów poprzez podwyżki cen. Według styczniowego badania Banku Centralnego, około połowa firm nie planuje podwyżek płac w pierwszym kwartale 2026 roku.
"W całej gospodarce obserwujemy stagnację, a nawet stagflację" - podkreśla cytowany przez "The Moscow Times" specjalista CMASF Dmitrij Biełousow.
Sankcje Zachodu skutecznie odcięły Rosję od międzynarodowych rynków finansowych i ograniczyły import. Rosyjskie firmy muszą finansować się krajowo, co jest droższe i trudniejsze. Konsumenci w Rosji muszą zadowolić się droższymi i gorszej jakości zamiennikami.
Pełzający kryzys widoczny jest na rynku ropy - rosyjska ropa Urals sprzedawana jest nawet o 20 dolarów taniej niż Brent - stanowiąca globalny wskaźnik na rynkach międzynarodowych - co jeszcze powiększa deficyt budżetowy. Po raz pierwszy od pandemii, dochody budżetowe Rosji w 2025 roku były niższe od planowanych. W 2026 roku przewiduje się dalszy spadek dochodów z eksportu ropy i gazu. USA i Europa coraz śmielej angażują się w zatrzymywanie rosyjskich tankowców, a Ukraińcy dość regularnie atakują rafinerie wroga, więc spadki dochodów mogą być tym dotkliwsze dla kasy Kremla.
Rezerw Rosja ma niewiele. Rosyjski Fundusz Dobrobytu Narodowego, w przeciwieństwie do funduszy Norwegii czy Arabii Saudyjskiej, jest niewielki i w dużej mierze już wykorzystany na pokrycie deficytów z lat 2024-2025 - podaje analityk Laura Solanko z Finlands Bank.
To brzmi jak idealne warunki dla poszukiwania szybkiej drogi do pokoju? Niestety nie.
Mimo narastających problemów gospodarczych Rosji, sankcje Zachodu nie są w stanie wymusić na Moskwie zakończenia wojny w Ukrainie - wynika z najnowszej analizy Royal United Services Institute (RUSI). Historia pokazuje, że ekonomiczny nacisk rzadko prowadzi do szybkiego zakończenia konfliktów zbrojnych.
Wbrew oczekiwaniom wielu zachodnich polityków i komentatorów, pogarszająca się sytuacja gospodarcza Rosji nie przekłada się na gotowość Kremla do zakończenia wojny. Jak podkreśla dr Richard Connolly z RUSI, wojny rzadko kończą się z powodu kosztów ekonomicznych. Autor analizy ocenia, że zachodnie podejście do Rosji, oparte o idee liberalne i wyrażające się przekonaniem, że presja ekonomiczna może zastąpić militarną - jest błędne. Connolly mówi wprost: porzućcie wszelką nadzieję, że problemy gospodarcze zmuszą Moskwę do ustępstw.
Analityk zaznacza, że atrakcyjność podejścia sankcyjnego jest niewątpliwa - obiecuje realny nacisk bez rozlewu krwi. Rzecz w tym, że historia - jak dowodzi Connolly - pokazała, iż czynniki gospodarcze nie tylko nie są decydujące w kontekście kończenia wojen, ale mogą je nawet zaognić.
Przykładem może być cesarska Japonia, którą obłożono w latach 40. XX wieku sankcjami. Embargo na sprzedaż ropy, od której uzależnione były siły zbrojne nie tylko nie doprowadziło do wycofania się cesarza z wojny, ale zmusiło Tokio do eskalacji.
Podobnie sytuacja miała się wcześniej. W 1918 roku - przypomina autor - Niemcy nie poprosiły o pokój z powodu blokady morskiej dokonanej przez aliantów. Zrobiły to dopiero, gdy poniosły klęskę na froncie zachodnim, co zbiegło się z buntami społecznymi i upadkiem imperium.
Jak ocenia analityk presja ekonomiczna w trakcie wojny ma sens, gdy pokrywa się z załamaniem zdolności bojowych, rozpadem rządu lub jego silną destabilizacją. "Gdy żaden z tych czynników nie występuje, wojny często trwają pomimo ogromnych kosztów ekonomicznych" - konkluduje.
Problemem jest także fakt, że ustroje autorytarne wykazują olbrzymią odporność na zmianę społeczną i ekonomiczną. Gospodarka kraju dostosowuje się, zasoby są przekierowywane na uzbrojenie i logistykę, wydajność systemu spada, ale zdolności bojowe zostają utrzymane. Widzimy to na przykładzie Rosji.
Politycznie Rosja także radzi sobie dobrze. Wzorem schematu opisanego przez RUSI Moskwa przeformułowa cele z "operacyjnych" na "egzystencjalne". Celem wojny nie jest już od dawna ochrona ludności Donbasu, ale walka ze złem Zachodu. W takich warunkach - pisze Connolly - "kompromis jawi się nie jako roztropność, lecz jako kapitulacja".
W ten sposób Putin kontrolujący media i nie ponoszący żadnej odpowiedzialności przed wyborcami, mógł przerzucić ciężar na populację. To o tyle istotne w kontekście Rosji, że o ile tzw. społeczeństwo ma niewiele do powiedzenia, o tyle głos mają elity. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce Moskwa systematycznie pozbawiała ich autonomii, a Zachód przysłużył się swoimi sankcjami w zbliżeniu oligarchów do Putina - to przez fakt, że oligarchowie najsilniej byli zintegrowani z globalną gospodarką. W międzyczasie - informuje RUSI - w Rosji wykształciły się inne elity, osadzone w krajowej gospodarce. To samonapędzająca się machina, bo państwo Putina redystrybuuje fundusze do grup umożliwiających kontynuowanie wojny, co równocześnie zwiększa ich lojalność wobec aparatu państwa.
Według analizy RUSI, ekonomiczny nacisk mógłby być decydujący tylko w przypadku załamania zdolności militarnej Rosji, poważnego kryzysu wśród elit lub gwałtownego pogorszenia warunków życia społeczeństwa. Napięcia społeczne są jednak w Rosji stopniowane. Poziom życia obniża się, ale nie w tempie katastrofalnym. Państwo chroni przy tym określone grupy, w tym przede wszystkim żołnierzy, ich rodziny i pracowników sektora obronnego.
Każdy przejaw niezadowolenia wewnętrznego jest natychmiastowo i bezwzlędnie tłumiony, a sprzeciw wobec Kremla wyraża się głównie poprzez emigrację.
Analityk sugeruje, by nie patrzyć na Rosję poprzez spadające wskaźniki gospodarcze - odpowiednie do określenia wzrostu długoterminowego -, ale by raczej monitorować zdolności przemysłu zbrojeniowego. W tym kontekście, także dzięki wsparciu Chin, Iranu i Korei Północnej, Rosja jest na razie bardzo odporna.
Władze Rosji związały także swoje przetrwanie z wynikiem wojny z Ukrainą. Przez to, zmuszenie Kremla do negocjowania pod presją, będzie poczytane jako oznaka słabości, co realnie może przyczynić się do zmiany władz, które utraciłyby autorytet społeczny. Wystarczającej presji w żadnym z sektorów, na których słabość liczono na Zachodzie - nie ma. Elity są bardziej uzależnione od władz w Moskwie niż przed wojną i prawdopodobnie mniej skłonne do podjęcia kompromisu. Rosja kontroluje pole walki, ponosząc gigantyczne straty w imię "walki o przetrwanie ojczyzny".
Wywołanie szoku militarnego i społecznego przez nagłą, spektakularną klęskę na froncie jest obecnie niewyobrażalne. Wniosek jest przerażający.


