"Jestem w kontakcie z ministrem obrony Ukrainy, przekazałem mu nasze stanowisko ws. nadania jednej z jednostek wojskowych imienia UPA. Zrobię wszystko, by ta decyzja została zmieniona. Stawiamy sprawę bardzo jasno" - przekazał w środę wicepremier, szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz.

  • Władysław Kosiniak-Kamysz przekazał ukraińskiemu ministrowi obrony polskie stanowisko w sprawie nadania jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia "Bohaterów UPA".
  • Szef MON ocenił, że gloryfikowanie UPA jest dla Polaków nie do zaakceptowania.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

W ubiegłym tygodniu prezydent Ukrainy nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych swego kraju imię "Bohaterów UPA". Sprawa wzbudziła kontrowersje w Polsce - prezydent Karol Nawrocki zapowiedział, że chce, by jednym z punktów posiedzenia Kapituły Orderu Orła Białego, które odbędzie się 8 czerwca, było odebranie orderu Zełenskiemu nadanego w 2023 roku przez ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudę. 

We wtorek wieczorem szef MON zapowiedział, że będzie rozmawiał w tej sprawie ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Mychajłem Fedorowem.

Kosiniak-Kamysz: Akt nieprzyjacielski

Na konferencji prasowej w środę Kosiniak-Kamysz powiedział, że jest w kontakcie z ukraińskim ministrem i przekazał mu polskie stanowisko. Zadeklarował ponadto, że nie przyjmuje wyjaśnień szefa MSZ Ukrainy Andrija Sybihy - mówił, że decyzja o wyborze imienia jednostki była wyborem ukraińskich żołnierzy, którzy - jak zapewnił - nie mieli zamiaru urażenia Polaków.

Kosiniak-Kamysz podkreślił w środę, że Ukraina od czterech lat broni się przed rosyjską inwazją m.in. dzięki przekazanemu przez Polskę sprzętowi i wyposażeniu czy prowadzonym w Polsce szkoleniom. 

Polska wykonuje swoje zobowiązania (...) na rzecz przyjacielskich relacji. Aktem nieprzyjacielskim, który wywołuje ból w sercach Polaków, jest gloryfikowanie UPA, szczególnie nadawanie jej imienia jednostkom wojskowym, gdy pomagamy armii ukraińskiej - mówił szef MON.

Podkreślił, że "dzisiaj potrzebujemy jasnej deklaracji ze strony ukraińskiej".

Jeżeli chcemy dobrej przyszłości - a chcemy - i jeżeli rozumiemy, że bezpieczeństwo Europy, Polski i Ukrainy leży na granicy frontu polsko-ukraińskiego, to musimy budować relacje w oparciu o rzetelnie rozliczoną ze sobą przeszłość i uszanowanie swoich wrażliwości - powiedział.

Nie do pomyślenia jest to w polskich sercach, polskiej duszy, żeby gloryfikować kogoś, kto dla nas jest synonimem ludobójstwa. (...) Zrobię wszystko, żeby ta decyzja została zmieniona. Stawiamy tę sprawę bardzo jasno - oświadczył.

Dziennikarz tłumaczy decyzję Zełenskiego: W Ukrainie UPA to nie tylko Wołyń

Roman Romaniuk, dziennikarz polityczny opiniotwórczego portalu Ukraińska Prawda, komentując decyzję Zełenskiego, stwierdził, że "nikt w Ukrainie nie gloryfikuje sprawców zbrodni wołyńskiej, ale wielu Ukraińców uważa UPA za część walki o niepodległość".

Jeśli mówimy o Andriju Melnyku, Jewhenie Konowalcu czy Stepanie Banderze, to dla znacznej części Ukraińców są oni bohaterami narodowymi. Dlatego się do nich odwołujemy. Dlatego też podejmowane są działania, by ich szczątki spoczęły w ojczystej ziemi, o której niepodległość walczyli - wskazał w rozmowie z PAP. 

Dodał, że odniósł wrażenie, że źródłem wielu nieporozumień jest założenie obecne w części polskiej opinii publicznej, że gdy prezydent nadaje jednostce wojskowej nazwę "Bohaterów UPA", to automatycznie gloryfikuje osoby odpowiedzialne za zbrodnie popełnione na Polakach na Wołyniu. Założenie to jest według Romaniuka błędne. 

Nikt w Ukrainie nie gloryfikuje ludzi odpowiedzialnych za czystki etniczne czy inne zbrodnie. Naród, który sam przeżył Wielki Głód, represje sowieckie i deportacje, nie może czcić sprawców podobnych zbrodni - podkreślił.

"Nie obarczajcie winą całej UPA"

Jego zdaniem problem polega na tym, że przez wielu Polaków UPA jest postrzegana wyłącznie przez pryzmat zbrodni wołyńskiej. Tymczasem w Ukrainie pamięta się przede wszystkim tysiące ludzi, którzy walczyli w jej szeregach o niepodległość kraju.

Jak podkreśla, nikt nie próbuje negować ani usprawiedliwiać zbrodni wołyńskiej. W Ukrainie panuje przekonanie, że były to tragiczne i zbrodnicze wydarzenia. Prosimy jedynie, by nie obarczać winą całej UPA za działania części jej członków oraz by nie przenosić odpowiedzialności za te wydarzenia na cały współczesny naród ukraiński - zaapelował.

Przyznał też, że sam pochodzi z Wołynia i nie zna ludzi, którzy twierdziliby, że to, co wydarzyło się na Wołyniu, nie było zbrodnią.

Mam jednak wrażenie, że Polacy i Ukraińcy patrzą dziś na różne fragmenty tej samej historii. W Polsce UPA kojarzona jest przede wszystkim z ludźmi odpowiedzialnymi za zbrodnie. W Ukrainie pamięta się przede wszystkim walkę o niepodległość - wskazał.

Jak powiedział, Ukraina wielokrotnie przepraszała Polaków za tragiczne wydarzenia na Wołyniu. 

Rzeź na Wołyniu

Według historyków w lipcu 1943 r. Ukraińska Powstańcza Armia dokonała skoordynowanego ataku na ok. 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim dawnego województwa wołyńskiego na terenie obecnej Ukrainy. Sprawcami zbrodni, która nazywana jest także rzezią wołyńską, byli członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN)- B (frakcja Bandery) i podporządkowana jej Ukraińska Powstańcza Armia.

Polska i Ukraina od lat różnią się w ocenie działalności OUN i UPA. Dla polskiej strony wydarzenia na Wołyniu były zbrodnią ludobójstwa, dla Ukraińców był to efekt symetrycznego konfliktu zbrojnego, za który w równym stopniu odpowiedzialne były obie strony. Dodatkowo Ukraińcy postrzegają OUN i UPA przeważnie jako organizacje antysowieckie (ze względu na ich powojenny ruch oporu wobec ZSRR), a nie antypolskie.