Zwolennicy opozycyjnej Koalicji Demokratycznej otoczyli w sobotę żywym łańcuchem gmach parlamentu w Budapeszcie. Protestowali w ten sposób przeciwko jutrzejszemu referendum w sprawie obowiązkowych kwot relokacji uchodźców. Węgrzy będą odpowiadać na pytanie: „Czy chce Pan/Pani, by Unia Europejska mogła zarządzić, również bez zgody parlamentu, obowiązkowe osiedlanie na Węgrzech osób innych niż obywatele węgierscy?". Według ostatnich sondaży, 96 procent obywateli zamierza odpowiedzieć "nie".

W nastroje w węgierskiej stolicy wsłuchiwał się nasz specjalny wysłannik Patryk Michalski

Wyrażamy w ten sposób naszą intencję ochronienia węgierskiej demokracji i przywiązanie tego narodu do Europy. W tym referendum, które zostało w lutym zainicjowane przez węgierskiego premiera (Viktora Orbana), nie chodzi o osoby ubiegające się o azyl, tylko o to, co myślimy o Europie, o naszym przywiązaniu do niej i czy chcemy mieć silniejszą Europę, więcej integracji i głębszą współpracę - oświadczył na konferencji prasowej na stopniach parlamentu szef DK, b. socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsany.

W niedzielnym referendum Węgrzy będą odpowiadać na pytanie: Czy chce Pan/Pani, by Unia Europejska mogła zarządzić, również bez zgody parlamentu, obowiązkowe osiedlanie na Węgrzech osób innych niż obywatele węgierscy?. Referendum będzie ważne, jeśli co najmniej 50 proc. wyborców odda w nim ważny głos.

Koalicja Demokratyczna - obok niektórych innych ugrupowań opozycyjnych, w tym Węgierskiej Partii Socjalistycznej - opowiada się za zbojkotowaniem głosowania.

Gyurcsany wyraził przekonanie, że wyniki referendum pokażą, iż "ludzie, którzy chcą prowadzić europejskie życie", stanowią większość. Bardzo łatwo to policzyć. Wystarczy porównać liczbę głosów na "nie" i liczbę osób, które się zdystansowały od referendum - oznajmił.

Pytany, jakie mogą być skutki nieważności referendum, Gyurcsany odparł, że "konstytucyjnie, od strony prawnej to referendum nie będzie mieć żadnych konsekwencji", ale jeśli będzie nieważne, "zakwestionuje to przywództwo Orbana". Może to być pierwszy krok do jego pokonania podczas następnych wyborów powszechnych w 2018 r. - ocenił.

Równocześnie z akcją DK na przylegającym do parlamentu placu Kossutha odbywał się - oddzielony pachołkami przez policję - wiec skrajnej prawicy, na którym wzywano do głosowania w referendum przeciwko kwotom. Uczestniczyło w nim około 150 osób.

Badania opinii publicznej wykazują, że przytłaczająca większość osób, które deklarują udział w referendum, chce na stawiane w nim pytanie odpowiedzieć przecząco. W sondażu ośrodka Median oddanie głosu na "nie" zapowiedziało aż 83 proc. respondentów, a na "tak" - 13 proc.

Według opublikowanego w sobotę sondażu Instytutu Publicus 46 proc. ankietowanych zadeklarowało, że na pewno wezmą udział w referendum, a 19 proc. - że prawdopodobnie.

(mal)