W stolicy Nowej Zelandii, Wellington, mieszkańcy walczą ze skutkami katastrofy ekologicznej. Od ponad dwóch tygodni miliony litrów nieoczyszczonych ścieków spływają do oceanu po tym, jak awarii uległa miejscowa oczyszczalnia Moa Point. O sprawie pisze brytyjski "Guardian".

Opuszczone plaże, tablice ostrzegawcze i mewy jedzące ludzkie odchody stały się codziennym widokiem w popularnej części wybrzeża, niedaleko lotniska, na którym codziennie lądują tysiące turystów. Mieszkańcy obawiają się nie tylko o swoje zdrowie, ale też o zagrożone gatunki morskie, takie jak mały niebieski pingwin korora, który gniazduje wzdłuż brzegu.

Ostrzegają nas, żeby zamknąć okna, bo nadciąga huragan pełen gó***a - mówi Eugene Doyle, mieszkaniec południowego wybrzeża i działacz ekologiczny. Wszyscy decydenci wykonali fatalną robotę i powinni ponieść tego konsekwencje - uważa.

Wellington zalewają ścieki. Mieszkańcy bezradni

4 lutego w wyniku awarii zniszczonych zostało aż 80 proc. sprzętu oczyszczalni ścieków Moa Point. Początkowo nieczystości były wylewane bezpośrednio na plażę, teraz są pompowane 1,8 km w głąb Cieśniny Cooka, po wcześniejszym przesiewaniu takich przedmiotów jak tampony czy chusteczki nawilżane.

Problemy z wodą i ściekami w Wellington narastają od lat z powodu starych rur i niedoinwestowanej infrastruktury. Oczyszczalnia Moa Point jest własnością lokalnych władz, zarządzana przez Wellington Water, która zleciła jej obsługę francuskiej firmie Veolia. Burmistrz miasta, Andrew Little, przyznaje, że nie wie, kto ponosi pełną odpowiedzialność za awarię.

Przyczyny katastrofy zostaną zbadane przez komisję śledczą zwołaną przez ministra samorządu lokalnego Simona Wattsa. Społeczeństwo powinno wiedzieć, że rozumiemy, co doprowadziło do tej awarii i podejmujemy kroki, aby jej zapobiec - powiedział Watts w wywiadzie dla Radia Nowa Zelandia.

Dodał, że rady miejskie są odpowiedzialne za niedoinwestowanie w infrastrukturę wodną. Nowe przepisy mają to zmienić.

Katastrofa ekologiczna w Wellington

Tymczasem lokalni mieszkańcy i ekolodzy ostrzegają, że katastrofa ma poważne konsekwencje dla środowiska. Zrzuty ścieków do oceanu powodują śmierć wielu morskich gatunków, w tym małży, homarów, ryb, ośmiornic, a także pingwinów. W wyniku katastrofy mikroplastik i odchody trafiają do żołądków ptaków morskich. Zagrożona jest flora i fauna.

Nie mogę pojąć, dlaczego wstawiono rurę między dwie rafy koralowe i wylano ścieki prosto do oceanu. To po prostu nie do przyjęcia - mówi Christopher Cornwall, biolog morski z Victoria University.

Mieszkańcy Wellington czują się bezradni. Ray Ahipene-Mercer, który w latach 80. prowadził kampanię na rzecz budowy oczyszczalni ścieków, mówi, że przed 1998 rokiem ocean śmierdział i wyglądał okropnie, na skałach widać było odchody, a surferzy regularnie wychodzi z wody z infekcjami ucha i zapaleniem żołądka i jelit. Dziś Wellington jest tam, gdzie był 30 lat temu.