Nie tylko Paryż, ale także Berlin, Bruksela czy południe Hiszpanii – to miejsca w Europie, gdzie dochodzi do zamieszek ludności imigranckiej. Coraz więcej krajów zadaje sobie pytanie, czy to początek rozruchów na skalę całego kontynentu.

Nad ranem spłonęło pięć samochodów w Berlinie, w dzielnicy zamieszkanej głównie przez Turków. Auta płonęły także w dzielnicy Saint Gilles koło Dworca Południowego w Brukseli. Do rozruchów dochodziło tam także w przeszłości.

Miejsce to jest jedną z tańszych dzielnic stolicy Belgii, zamieszkają głównie przez Marokańczyków oraz Polaków. Obie te nacje nie są sobie przyjazne, konkurują bowiem na rynku pracy. Gdyby doszło tu do tak poważnych rozruchów jak w Paryżu, prawdopodobnie pierwszymi ich ofiarami byliby właśnie Polacy. W ostatnich dniach mieszkających tam rodaków ogarnął strach. Jednak belgijska policja i politycy uspokajają, że w Brukseli na pewno nie dojdzie do zamieszek.

Czy to początek świętej wojny Dżihadu w Europie? - pytają amerykańskie media, relacjonując zamieszki we Francji. Biedne imigranckie dzielnice to przecież nie tylko problem Paryża. Wybuchu podobnych zamieszek obawiają się chociażby Włosi. czytaj więcej

Niespokojnie było także w Hiszpanii, gdzie do pierwszych starć imigrantów z policją doszło na południu kraju. Funkcjonariusze ścigali dwóch złodziej pochodzenia marokańskiego. Wtedy zostali zaatakowani przez ponad 50 imigrantów. W jednym z andaluzyjskich miasteczek z kolei imigranci wypowiadali groźby pod adresem Hiszpanów.

Aby uniknąć zamieszek władze Portugalii chcą więcej pieniędzy wydawać na poprawienie poziomu życia mieszkańców ubogich przedmieść dwóch największych miast – Lizbony i Porto. Rząd planuje sfinansowanie kursów nauki portugalskiego, budowę nowych mieszkań i szkolenia zawodowe dla imigrantów. Środki na ten cel mają pochodzić z funduszy Unii Europejskiej.