Członek prawicowo-populistycznej i prorosyjskiej Alternatywy dla Niemiec podpalił własny samochód w Uffenheim w Bawarii, a następnie próbował zrzucić winę na skrajnie lewicową Antifę. "W tym celu sfałszował list z pogróżkami. Ostatecznie zdemaskował go jednak charakter pisma" - poinformowała policja w Norymberdze.
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Po pożarze samochodu należącego do 44-letniego polityka AfD - skrajnie prawicowej partii, która cieszy się w Niemczech poparciem na poziomie ok. 20 proc., a na północnym wschodzie Niemiec ma nawet 37 proc. poparcia - śledczy początkowo wszczęli postępowanie w sprawie przestępstwa o podłożu politycznym. Jak podała policja, gdy wpłynęło zgłoszenie o płonącym samochodzie, a funkcjonariusze dotarli na miejsce, pojazd był już całkowicie objęty ogniem. Straty oszacowano na około 30 tys. euro.
Właściciel samochodu przekazał funkcjonariuszom list, który miał świadczyć o kierowanych pod jego adresem groźbach. Twierdził również, że kilka dni wcześniej jego auto zostało pokryte politycznym graffiti.
Ponieważ śledztwo prowadzone w tym kierunku nie przyniosło rezultatów, podejrzenia śledczych zaczęły koncentrować się na samym właścicielu. Przełom nastąpił podczas analizy rzekomego listu z groźbami. Policjanci stwierdzili wyraźne podobieństwa między jego treścią a charakterem pisma 44-latka. "Mężczyzna ostatecznie przyznał się do podpalenia samochodu oraz sfałszowania listu, który miał wyglądać na wiadomość od Antify" - poinformowała policja w Norymberdze. Antifa to lewicowy, nieformalny ruch, którego głównym celem jest zwalczanie faszyzmu, rasizmu oraz skrajnej prawicy.
Lokalne struktury AfD początkowo określiły zdarzenie w komunikacie prasowym jako "tchórzliwy atak" wymierzony w członka partii. Po ujawnieniu, że to on sam odpowiada za podpalenie, zapowiedziały jednak możliwość podjęcia wobec niego kroków dyscyplinarnych.



