"Śledztwo w sprawie mordu na księdzu Jerzym Popiełuszce do dziś nie zostało formalnie zamknięte, choć de facto nic się w nim nie dzieje" - zwraca uwagę Wojciech Sumliński w rozmowie z Bogdanem Zalewskim. Sumliński to dziennikarz śledczy, autor książek o kulisach męczeńskiej śmierci kapelana Solidarności: "Kto naprawdę go zabił?" oraz "Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych." Dziś mija 29. rocznica oficjalnego wydobycia ciała zakatowanego kapłana z nurtu Wisły 30 października 1984 roku. Jednak za kurtyną oficjalnych wersji tej zbrodni, pełnych łgarstw i przemilczeń, kryje się prawda - jeszcze bardziej od nich makabryczna.

Posłuchaj trzeciej części rozmowy z Wojciechem Sumlińskim!

Przeczytaj pierwszą część rozmowy z Wojciechem Sumlińskim!

Przeczytaj drugą część rozmowy z Wojciechem Sumlińskim!

Bogdan Zalewski: Chciałbym pana zapytać o medialne inspirowanie mordu na księdzu Jerzym. Z jednej strony o prasowy atak na kapłana na łamach sowieckiego dziennika "Izwiestia" z 12 września  1984 roku. A z drugiej strony, czy Jerzy Urban - ten "Goebbels stanu wojennego" - swoimi prasowymi napadami na księdza, nie może być oskarżony o podżeganie do zbrodni?

Wojciech Sumliński: Jerzy Urban też miał się znaleźć na ławie oskarżonych w roku 2004. Natomiast rzeczywiście inspiracja wyszła z Moskwy. Leonid Toporkow - korespondent "Izwiestii" - spłodził dwa potężne artykuły, w których napisał, że jest taki kościół na warszawskim Żoliborzu, kościół tylko z nazwy, że jest taki ksiądz tylko z nazwy, a tak naprawdę odbywają się tam mityngi polityczne. W ich efekcie tenże ksiądz (Toporkow wskazywał na Jerzego Popiełuszkę) podważa na każdym kroku braterstwo narodów Polski i Związku Radzieckiego. Przerażające według Toporkowa było to, że władze bratniego państwa patrzą na to przez palce i nic z tym nie robią. To była potężna krytyka władz Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych. Oczywiście Kiszczak i Jaruzelski mieli pełną świadomość, że żaden korespondent "Izwiestii" nie pozwoliłby sobie na atak na przywódców - nazwijmy to - "bratniego" państwa w stosunku do Związku Radzieckiego, gdyby nie miał do tego upoważnień z samej "góry". Po tym właśnie artykule miały paść te znane słowa generała Jaruzelskiego, o których mówiła Róża Pietruszka. Żona pułkownika SB Adama Pietruszki była cały czas nagrywana, więc wiemy to właśnie z podsłuchów z operacji "Teresa" "Trawa" "Robot". Zdaniem Pietruszkowej generał Jaruzelski miał się zwrócić do generała Kiszczaka słowami: "zrób coś, żeby on przestał szczekać!". Wtedy została wszczęta cała ta operacja, polegająca na tym, żeby księdza Jerzego uprowadzić, zamordować, a później próbować tę śmierć wykorzystać także w sposób instrumentalny. Ten moment inicjacyjny wyszedł z Moskwy, to byłe te artykuły Toporkowa, po których Jaruzelski zrozumiał, że on nie może już dłużej czekać, że jest przypierany do muru. Wtedy miał zwrócić się do generała Kiszczaka z tym tekstem o konieczności ukrócenia "szczekania".

Zobacz również:

  • "Uprowadzenie i zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki to była typowa kombinacja operacyjna. Wszystko, co naprawdę ważne działo się za kurtyną" - zwraca uwagę Wojciech Sumliński w rozmowie z Bogdanem Zalewskim. Sumliński to dziennikarz śledczy, autor książek o kulisach męczeńskiej śmierci kapelana Solidarności: "Kto naprawdę go zabił?" oraz "Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych". Dziś mija dwudziesta dziewiąta rocznica oficjalnego wydobycia ciała zakatowanego kapłana z nurtu Wisły 30 października 1984 roku. Jednak za zasłoną oficjalnych wersji tej zbrodni, pełnych łgarstw i przemilczeń, kryje się prawda - jeszcze bardziej od nich makabryczna. więcej

Są jeszcze dwa ślady, o których pan pisze w swojej książce. Mianowicie sutanna kapłana była pokryta oleistymi plamami, co mogło świadczyć o tym, że  ksiądz Jerzy był przetrzymywany w bazie wojsk sowieckich. Z kolei SB-ek, który odnalazł różaniec księdza utrzymywał bliskie kontakty z rezydentem rosyjskiej wojskówki - GRU w Toruniu. To mogą być istotne fakty?                          

To są istotne fakty, ale nie jedyne. Są jeszcze bardzo mocne poszlaki wskazujące na to, że po tych mękach, jakich doznał ksiądz Jerzy Popiełuszko od Piotrowskiego, Pękali i Chmielewskiego najprawdopodobniej został przekazany ekipie oprawców rosyjskich. Nie o wszystkich tych faktach wolno mi jeszcze w tym momencie mówić. Jest jeszcze nadzieja na to, że to śledztwo zostanie wszczęte. Bo tu jest pewien paradoks. Oczywiście wiemy wszyscy, że ksiądz Jerzy jest błogosławiony, że jest w niebie, a niedługo, mam nadzieję, zostanie kanonizowany. Jednak cały paradoks polega na tym, że to śledztwo wciąż trwa. 29 lat od zbrodni ono formalnie nie zostało zamknięte. Jeżeli mówię, że trwa, to mam na myśli pewien stan formalny, bo tak naprawdę, gdy śledztwo zostało odebrane prokuratorowi Witkowskiemu, dokumenty pojechały do Katowic, później trafiły do Warszawy, zajmowało się nimi trzech kolejnych prokuratorów. Efekt końcowy jest taki, że śledztwo do dziś nie zostało formalnie zamknięte, choć de facto nic się w nim nie dzieje. Ale jest jeszcze nadzieja. Jeszcze żyją świadkowie. Jeszcze żyje na przykład sześciu funkcjonariuszy Wojskowych Służb Informacyjnych, którzy feralnego wieczoru 19 października 1984 roku jechali za ekipą Piotrowskiego od Warszawy do Bydgoszczy i od Bydgoszczy do miejsca uprowadzenia. Andrzej Witkowski poznał nazwiska tych funkcjonariuszy WSI i poddał ich przesłuchaniu. To było w 1991 roku. Trzech z nich zadeklarowało, że jeżeli dostaną gwarancję ze strony najwyższych władz państwowych, to powiedzą prawdę o tej zbrodni, opowiedzą, jak to wyglądało naprawdę. Witkowski pojechał do swoich przełożonych, ale zamiast uzyskać, że tak powiem, pełne poparcie swoich działań, uzyskać gwarancje, o które mu chodziło, został odsunięty od śledztwa. To było pierwsze odsunięcie. Ale ci wszyscy ludzie żyją. Andrzej Witkowski zna ich nazwiska. Dopóki żyją świadkowie, dopóki jest taki prokurator jak Witkowski, ja głęboko wierzę, że w tej sprawie nie padło jeszcze ostatnie zdanie.

No i dopóki jest taki dziennikarz śledczy jak pan. Chciałbym jeszcze zapytać o pana, że tak powiem, "przygody" ze służbami już wolnej Polski, tak zwanej. Dlaczego Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zabrała panu materiały na temat tej zbrodni? I czy je panu zwróciła? Opisał pan to dokładnie w książce "Z mocy bezprawia".                                   

Ciężko mi mówić o tej całej historii jako o przygodzie.

Wziąłem to słowo w cudzysłów.

To była sprawa, która wywołała bardzo poważne reperkusje dla mnie i dla całej mojej rodziny. Zostaliśmy poddani takiemu zaszczuciu, jakiego się nie spodziewałem. 13 maja 2008 roku wydarzyła się ta dość głośna historia, która doprowadziła w efekcie do mojego załamania. ABW weszła do mojego mieszkania, zabrano mi wszystkie dokumenty pod pozorem, że miałem rzekomo przekazać aneks do raportu o WSI, aneks, którego w życiu na oczy nie widziałem, nie miałem. Z tego zarzutu wycofano się już nazajutrz. Dano mi inny zarzut - tak zwanej płatnej protekcji. Rzekomo miałem proponować oficerowi WSI za pośrednictwem mojego informatora, też oficera WSI, pozytywną weryfikację w komisji Antoniego Macierewicza, co oczywiście było bzdurą. Na potwierdzenie tego były tylko i wyłącznie słowa i nic więcej, słowa jednego człowieka. Zresztą pan Tobiasz zmarł w 2012 roku w tajemniczych okolicznościach (Leszek Tobiasz brał udział w imprezie pracowników Mazowieckiej Wojewódzkiej Komendy Ochotniczego Hufca Pracy. Tańczył tam, potem upadł na podłogę, stracił przytomność i nie udało się go już uratować pomimo reanimacji - przypis B.Z.) W efekcie tej całej historii, gdy ABW weszła do mojego mieszkania, rzeczywiście zabrano mi na początek wszystkie dokumenty, począwszy od notesów z czasów studenckich, skończywszy na dokumentach dotyczących przestępczości zorganizowanej, Wojskowych Służb Informacyjnych, no i przede wszystkim wszystkie akta sprawy tajemnicy śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Miałem kilka tysięcy stron, bo ja nad tą sprawą pracowałem wiele, wiele lat. Ksiądz Jerzy to był mój ksiądz. Wychowałem się przy kościele świętego Stanisława.

Na warszawskim Żoliborzu.

Tak. Z całą rodziną mieszkaliśmy wokół tego kościoła. Ja tych dokumentów nie odzyskałem do dziś. Zarzut dotyczy płatnej protekcji, którą rzekomo miałem popełnić. A zabrano mi dokumenty dotyczące księdza Jerzego Popiełuszki. Zapytałem państwa prokuratorów, czy ja mam w ogóle szanse odzyskać te dokumenty. Pani prokurator odpowiedziała mi jednym słowem: nie!

Przeczytaj pierwszą część rozmowy z Wojciechem Sumlińskim!

Przeczytaj drugą część rozmowy z Wojciechem Sumlińskim!