Poszkodowani przez trąbę powietrzną na Opolszczyźnie nie mieli pojęcia, że zbliża się do nich takie zagrożenie. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nie wysłało żadnych alertów - ustaliła reporterka RMF FM. Do tragedii doszło 30 maja. Straty są ogromne.
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
To było jak tornado - opowiadają RMF FM mieszkańcy Balcarzowic, najbardziej poszkodowanej wioski. Nawałnica zerwała się nagle. Najpierw deszcz, później silny wiatr. Według ostatnich danych wiało z prędkością do 220 km/h.
Nic nie zapowiadało takiej masakry. Cały dzień pracowaliśmy w ogrodzie. Postanowiliśmy pojechać do sklepu dokupić kwiaty. Wkrótce dostaliśmy dramatyczny telefon od córki, która została w domu. Krzyczała, że wypadają okna i drzwi, że wszędzie leje się woda. W jej pokoju zerwał się strop. Była przerażona. Nikt nas nie ostrzegał, że coś może się wydarzyć. Żadnych alertów, smsów, to był piękny słoneczny dzień - opowiada pani Karina z mężem.
Po feralnym popołudniu ich dom grozi zawaleniem. Pierwsze schronienie znaleźli u znajomych, później zamieszkali w lokalu udostępnionym przez gminę. Nie wiedzą, kiedy i czy w ogóle będą mogli wrócić do siebie. Pewne jest, że górną kondygnację trzeba rozebrać. Wiatr porwał dach, część spadła na strych a ten pod ciężarem gruzu zawalił się na jedną z sypialni. Trąba powietrzna wybiła okna i wyrwała drzwi z futryny.
Cała rodzina korzysta z pomocy psychologicznej. Nie mogłam wstać z łóżka, aby tu przyjechać, straciliśmy lata pracy, pieniądze. Włożyliśmy tyle serca w to miejsce i wszystko przepadło w kilka minut. Córka ma traumę. Nie chce nawet myśleć o powrocie tutaj. Gdybyśmy wiedzieli, że zbliża się takie zagrożenie, nie pojechalibyśmy do tego sklepu. Może udałoby nam się zabezpieczyć część rzeczy. Schować samochód do garażu, zamknąć uchylone okna, a przede wszystkim nigdy nie zostawilibyśmy córki samej. Nie wiemy, czy system nie zadziałał, czy ktoś zbagatelizował to, co się do nas zbliżało - mówi małżeństwo naszej reporterce Martynie Czerwińskiej.
Jak ustaliliśmy, pierwsza prognoza dotycząca niebezpiecznych zjawisk wpłynęła do Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Opolu już 29 maja o 15:00. To było ostrzeżenie pierwszego stopnia, mówiło o możliwości wystąpienia burz, którym lokalnie mogły towarzyszyć opady deszczu od 20 do 35 mm oraz porywy wiatru od 70 do 85 km/h, a miejscami również grad. Jak zapewnia, Kinga Tokarz, rzeczniczka wojewody, informacja została niezwłocznie przekazana do powiatowych centrów zarządzania kryzysowego, jednostek samorządu terytorialnego oraz właściwych służb czy mediów. Kolejne ostrzeżenie zostało wydane już w sobotę o świcie - także pierwszego stopnia. Jest to najniższy poziom w trzystopniowej skali ostrzeżeń IMGW (gdzie stopień trzeci jest najpoważniejszy), dlatego system powiadamiania SMS uruchomiono tylko dla osób odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe na poziomie gmin, powiatów i służb. Do mieszkańców nie dotarł żaden alert. Dlaczego?
"Z informacji przekazanych przez IMGW nie wynikało zagrożenie wskazujące na możliwość wystąpienia zjawiska o skali i intensywności, jaka ostatecznie wystąpiła w Balcarzowicach. W związku z tym zgodnie z obowiązującymi procedurami i przy poziomie wydanego ostrzeżenia, nie wystąpiły przesłanki do uruchomienia Alertu RCB dla mieszkańców" - napisał Urząd Wojewódzki w Opolu w odpowiedzi na pytanie RMF FM.
Mieszkańcy Balcarzowic są zdziwieni, bo powiadomienia SMS dostawali nawet wtedy, gdy żadne poważne zjawiska nie występowały. Coś poszło nie tak, a może tego nie dało się przewidzieć? Nie jestem ekspertem, ale wydaje się, że doszło do dużego prognostycznego błędu, bo miało wiać o wiele, wiele słabiej. Nikt, dosłownie nikt tu z wioski nie wiedział, jaki kataklizm się do nas zbliża. Przecież nikt nie szuka na co dzień ostrzeżeń na stronie IMGW - mówią poszkodowani RMF FM.
Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej jeszcze nie odniósł się do sprawy. Czekamy na odpowiedzi na wysłane pytania. Przede wszystkim o to, czy nadciągającej trąby powietrznej nie dało się przewidzieć.
Zniszczonych zostało 18 budynków. Dwóm grozi zawalenie i mieszkańcy nie mogą z nich korzystać. To dom pani Kariny, ale także jej sąsiadki - Martyny, która wychowuje z mężem 6 dzieci. Kiedy zerwała się nawałnica, wybiegła z domu zabezpieczyć kilka rzeczy na podwórku. Wtedy nastąpiło największe uderzenie. Schowała się w garażu i z perspektywy kilku metrów obserwowała, jak trąba powietrzna unosi część dachu domu. Nie mogła wrócić, bo w powietrzu fruwały dachówki, drzewa i inne przedmiotu.
Byłam przerażona, bo wiedziałam, że dzieci rysują przy stole tuż obok okien, a te zostały wybite. Na szczęście, najstarszy syn zorientował się w porę, co się dzieje i odciągnął maluchy w bezpieczniejsze miejsce. Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, że wszyscy żyją. A dom jakoś odbudujemy, obiecali pomoc. Musimy tu wrócić, nie wyobrażam sobie. Na razie będziemy mieszkać u rodziny, ale to kłopotliwe - daleko, a przede wszystkim nie u siebie. Odbudowa nie potrwa miesiąc, tylko o wiele dłużej. Trudno się po tym wszystkim pozbierać - powiedziała naszej reporterce.
Wśród poszkodowanych są także przedsiębiorcy. Piotr Matuszek prowadzi warsztat samochody i pomoc drogową. Pięć z ośmiu lawet nie nadaje się do jazdy. Od czasu tragedii firma nie zarabia. Warsztat został niemal doszczętnie zniszczony. Nie ma dachu, niektóre ściany się zawaliły. Wielka, garażowa brama została wyrwana.
Kilka lat temu mieliśmy pożar, niedawno stanęliśmy na nogi i znów tragedia. Dzwonią do nas ludzie z branży z całej Polski, są gotowi pomóc, ale bez pomocy państwa będzie trudno. Jesteśmy załamani i sfrustrowani. Jest pani pierwszą osobą, która tu do nas dotarła z mediów. Cała uwaga koncentruje się na centrum wioski - mówi rozżalony pan Piotr.
Na razie poszkodowani dostali po 8 tys. zł pierwszej, doraźnej pomocy. To pieniądze na najpilniejsze, życiowe potrzeby. Teraz czekają na środki na odbudowę domów. Niektóre z nich zostały zniszczone nawet w 80 proc. Pomoc trafi do nich dopiero po zakończeniu szacowania strat. Za przygotowanie dokumentacji odpowiedzialna jest gmina. Trzeba nie tylko przeprowadzić oględziny uszkodzonych budynków, ale także wywiady środowiskowe, aby ustalić ich dokładną sytuację.
Ten proces może co do zasady potrwać od kilkunastu dni do kilku tygodni od momentu zgłoszenia szkody - nie później jednak niż w terminie 45 dni od dnia wystąpienia zdarzenia.
Następnie gmina musi przekazać wojewodzie wniosek o środki finansowe. Mieszkańcy z niecierpliwością czekają na wypłaty, aby jak najszybciej rozpocząć odbudowę. Przy przyznawaniu środków urzędnicy będą brali pod uwagę wysokość przyznanego odszkodowania, tak aby łączna wartość uzyskanego wsparcia nie przekroczyła wysokości faktycznie poniesionej szkody.


