Szwecja, która zamknęła reprezentacji Polski drogę na mundial, wygrała z Tunezją 5:1 (2:1) w meczu grupy F piłkarskich mistrzostw świata w Monterrey. We wcześniejszym spotkaniu tej grupy Holandia zremisowała z Japonią 2:2 (0:0).

Szwecja - Tunezja. Gol za golem w Monterrey

Szwecja na mistrzostwa świata awansowała po wyeliminowaniu Polski w finale baraży. Mundial Skandynawowie zaczęli bardzo dobrze. Już w siódmej minucie prowadzenie dał im Yasin Ayari. Pomocnik Brighton & Hove Albion nie manifestował radości po golu, bo choć urodził się w Szwecji, to ma tunezyjskie korzenie.

W 30. minucie Szwedzi prowadzili 2:0, a kontratak wykończył Alexander Isak. Podawał mu Viktor Gyokeres.

Tunezyjczykom stworzenie zagrożenia przychodziło z trudem, ale tuż przed przerwą zdobyli kontaktowego gola. Na listę strzelców wpisał się Omar Rekik.

W drugiej połowie Szwedzi szybko odzyskali dwubramkową przewagę. Tym razem to Isak podawał, a do siatki trafił Gyokeres. W końcówce Tunezyjczyków dobili Mattias Svanberg, który chwilę wcześniej pojawił się na boisku, oraz ten, który zaczął festiwal strzelecki - Ayari.

Szwecja do fazy pucharowej mundialu poprzednio nie awansowała w 1990 roku. Co prawda nie we wszystkich turniejach od tamtego czasu brała udział, ale jeśli już na niego awansowała, to prezentowała się bardzo solidnie. W niedzielę zrobiła pierwszy krok do podtrzymania tej serii.

Szwecja - Tunezja 5:1 (2:1)

Bramki: dla Szwecji - Yasin Ayari - dwie (7, 90+6), Alexander Isak (30), Viktor Gyokeres (59), Mattias Svanberg (85); dla Tunezji - Omar Rekik (43-głową).

Żółte kartki: Tunezja - Rani Khedira.

Sędzia: Yael Pereze (Argentyna). Widzów: 50 987.

Holandia - Japonia. Faworyt zatrzymany

Holendrzy byli wymieniani przed turniejem w gronie drużyn, które stać na odegranie bardzo poważnej roli na mundialu w Ameryce Północnej. W eliminacjach mistrzostw świata podopieczni Ronalda Koemana wygrali "polską" grupę, choć akurat z kadrą Jana Urbana nie udało im się ani razu zdobyć trzech punktów - dwukrotnie padł remis 1:1, we wrześniu 2025 roku w Rotterdamie i dwa miesiące później w Warszawie.

Japonia, która w dwóch poprzednich turniejach tej rangi potrafiła wyjść z grupy (w MŚ 2018 wyprzedziła w tabeli m.in. reprezentację Polski), też miała swoje atuty, więc spotkanie zapowiadało się naprawdę ciekawie.

Nic też dziwnego, że oba zespoły podeszły do siebie z respektem. W pierwszej połowie nie było wiele emocji, choć bramkarz Japończyków Zion Suzuki musiał kilka razy wykazać się umiejętnościami, m.in. po strzale Donyella Malena.

Bramki padły po przerwie, a kibice na pewno nie mogli się nudzić. W 50. minucie bardzo precyzyjnym uderzeniem głową popisał się czołowy obrońca "Oranje" i Liverpoolu Virgil van Dijk, po dośrodkowaniu klubowego kolegi - Ryana Gravenbercha.

Japończycy odpowiedzieli już siedem minut później po strzale Keito Nakamury, ale w 64. minucie podopieczni Ronalda Koemana znów prowadzili. Tym razem mocne uderzenie przy słupku z okolic narożnika pola karnego oddał skrzydłowy West Ham United Crysencio Summerville, ponownie po asyście Gravenbercha.

Wydawało się, że wyżej notowani Holendrzy utrzymają korzystny wynik do końca, jednak słynący z ambitnej gry Japończycy nie dali za wygraną i znów doprowadzili do wyrównania.

W 88. minucie na strzał głową zdecydował się wprowadzony z ławki Koki Ogawa. Piłka odbiła się jeszcze... od głowy Daichiego Kamady i wpadła do siatki. Gola zaliczono temu drugiemu, na co dzień pomocnikowi londyńskiego Crystal Palace.

Holandia - Japonia 2:2 (0:0)

Bramki: dla Holandii - Virgil van Dijk (50-głową), Crysencio Summerville (64); dla Japonii - Keito Nakamura (57), Daichi Kamada (88).

Żółte kartki: Holandia - Memphis Depay, Crysencio Summerville, Micky van de Ven.

Sędzia: Ismail Elfath (USA). Widzów: 69 285.