Z Warszawy do Santiago de Compostela przeszedł 4000 kilometrów, przez całe Karpaty - około 2000, a najdłuższym górskim szlakiem Słowacji zimą - prawie 850. Za pierwszą z tych wędrówek został wyróżniony na tegorocznych Kolosach w kategorii "Wyczyn roku". Podróżnik Łukasz Supergan w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem opowiada o wspaniałych przeżyciach, ludziach, których spotkał i tym, co najbardziej pociągające w długich pieszych wędrówkach. Udowadnia też, że by zrobić coś wielkiego, nie trzeba wyjeżdżać daleko, a wiele wciąż pozostaje do odkrycia bardzo blisko nas. "Rzeczy, które widziałem idąc przez Karpaty, były równie piękne i niezwykłe, jak te, które widuje się gdzieś w południowo-wschodniej Azji, czy w Indiach, krajach, które uważamy za egzotyczne" - podkreśla.

Michał Rodak: Podliczyłeś, ile kilometrów przeszedłeś w ostatnim roku?

Łukasz Supergan: Około 7000, ale to trudno policzyć. Zawsze wychodzi to tak plus lub minus 100-200 kilometrów, ale 7000 kilometrów pieszo to jest mniej więcej tyle, ile się udało przejść.

A ile dni spędziłeś w podróży?

214, gdyby policzyć same dni marszu. Były jakieś przerwy między tymi wędrówkami, ale to 214 dni ciągłego marszu przez Europę.

Kogoś, kto przechodzi 7000 kilometrów w ciągu roku jeszcze bolą nogi, kiedy wybiera się na zwykłą, weekendową wycieczkę w góry? Pojawia się jeszcze to uczucie, czy już w ogóle nie zwracasz na to uwagi?

67-letni Olek Doba, który od października samotnie płynął z Lizbony kajakiem przez Ocean Atlantycki, dotarł do brzegów Florydy. Tym samym pokonał trasę ok. 9 tys. km. "To była niemożliwa do wyobrażenia wyprawa, by na 7-metrowym kajaku pokonać Atlantyk" - powiedział przyjaciel Polaka,... czytaj więcej

Tak, jest. Ostatnio zresztą tego doświadczyłem na krótkiej, jednodniowej wycieczce w Tatrach, kiedy czułem, że forma jednak nie jest ta i że po powrocie do Polski nie zregenerowałem organizmu tak bardzo, jak powinienem. Zabrakło odpoczynku, a może jakiegoś rozciągnięcia mięśni.

Za tobą trzy wielkie wyprawy w ciągu ostatniego roku. Zaczynając od przejścia z Warszawy do Santiago de Compostela - 4000 kilometrów, później Łuk Karpat i ostatnio najdłuższy szlak górski na Słowacji - Szlak Bohaterów Słowackiego Powstania Narodowego (Cesta Hrdinov SNP). Która była dla Ciebie najważniejsza? Właśnie ta do Santiago?

Tak, zdecydowanie tak, ale chyba nie tylko dlatego, że była najdłuższa. Nigdy wcześniej i później nie zrobiłem takiego dystansu i sam nie wiedziałem, jak będę się czuł w trakcie i po przejściu, bo to jednak 4000 kilometrów... Co prawda szedłem głównie przez tereny nizinne, gór było stosunkowo niewiele, ale jednak 4000 kilometrów od Warszawy do wybrzeża Atlantyku w Hiszpanii to prawie 4 miesiące. Nie wiedziałem, jak będzie się zachowywać i ciało, i umysł podczas takiej drogi. A z drugiej strony - spotkania z ludźmi sprawiły, że to była rzeczywiście moja najważniejsza droga w ciągu tego ostatniego roku. Nie sam fakt, że zobaczyłem jakieś ciekawe rzeczy, chociaż to też się zdarzyło, ale właśnie spotkania z ludźmi na szlaku do Santiago były takie wyjątkowe.

Skąd w ogóle wziął się pomysł na taką wyprawę? To miał być właśnie pewien sprawdzian siebie, swojej duszy, nastawienia, mentalności?

Trochę trudno mi to opowiedzieć, bo jeszcze 1,5 roku temu w ogóle nie wiedziałem, co to jest Santiago. Trafiłem na tę nazwę dość przypadkowo w jakiejś książce i to nie była ta znana książka Paulo Coelho. Zastanowiło mnie to wtedy, postanowiłem sprawdzić, co to jest i znalazłem informację o szlaku pielgrzymkowym, który idzie przez całą Hiszpanię - 850 kilometrów, choć zależy jaki wariant się wybierze. Pomyślałem wtedy, że to jest całkiem fajny pomysł. Miesięczna wędrówka, bo zajmuje właśnie mniej więcej tyle, a ja przecież lubię chodzić, lubię takie długie szlaki. Już wcześniej robiłem takie długodystansowe przemarsze przez góry i czemu nie? A później przyszło mi do głowy, że to w sumie byłby fajny pomysł na to, żeby poznać Europę, poznać trochę lepiej ten kontynent, na którym się mieszka. Zdarzyło mi się sporo podróżować np. po Azji, a tak naprawdę bardzo słabo znałem swój własny kawałek świata i wtedy pomyślałem: "Kurczę, to jest ciekawy pomysł. Spróbujmy". Spakowałem plecak i wyszedłem z domu. Oczywiście przez kilka miesięcy się do tego przygotowywałem, ale to były przegotowania bardziej mentalne.

Jak idzie się bez przerwy 4000 kilometrów? Jakie to jest w ogóle uczucie? Czy po którymś z kolei dniu to już jest przyzwyczajenie i po prostu wstajesz rano, ubierasz się, wychodzisz? Myślę, że niewiele osób jest sobie w stanie wyobrazić wędrówkę przez tyle kilometrów...

Tak, jest w pewnym momencie coś takiego. Pamiętam, że szedłem przez całą Polskę - od Warszawy do Poznania i bardziej na południe w stronę granicy z Czechami i sam ten fragment pokonałem w trzy tygodnie. To był taki czas, kiedy w ogóle ciało przyzwyczajało się do tego rytmu, wysiłku i rozglądałem się dookoła. Teoretycznie każdy z nas zna swój kraj, a okazało się, że nawet idąc przez Polskę można zobaczyć całkiem ciekawe rzeczy. Gdzieś w Czechach nastąpił taki moment w podróży, który bardzo lubię, kiedy następuje coś takiego, że człowiek zapomina, jak to było, kiedy był osiadły, a ten codzienny rytm wstawania, ubierania się i marszu przez 12 godzin na dobę, jedzenia, odpoczynków, szukania miejsca do snu staje się taki naturalny. To że idzie, staje się dla człowieka normalnym życiem. Człowiek czuje się trochę jak gdyby zawsze to robił, jak gdyby rzeczywistość się zamknęła właśnie w obrębie tych czterech miesięcy, a wcześniej nie było nic.

Wydaje mi się, że w chodzeniu jest coś specyficznego. Kiedy tak o tym myślałem, dlaczego w ogóle mam iść na taką pielgrzymkę, przyszło mi do głowy, że w sumie w prawie we wszystkich religiach, kulturach jest jakiś motyw wędrowania, pielgrzymowania. Muzułmanie idą do Mekki, chrześcijanie też pielgrzymują - Polacy do Częstochowy. Ten ruch pielgrzymkowy jest u nas dość rozwinięty. Wędrują też buddyści. Ten motyw jest i nawet po sobie to doświadczyłem, że taki długi marsz daje trochę inny stan świadomości.

"Na końcu nie ma euforii. Jest ulga"

Przechodzisz 4000 kilometrów, dochodzisz do celu i co czujesz?

Przede wszystkim wielką ulgę. To nie eksplozja szczęścia, nie było euforii. To była po prostu wielka ulga, że te wszystkie zmartwienia związane z szukaniem drogi, z zaopatrzeniem, z noclegami mogę po prostu odłożyć na bok i to wszystko już się skończyło. Natomiast teraz, kiedy o tym myślę, a właściwie w każdej tego typu wędrówce tego doświadczyłem, że ten ostatni moment w gruncie rzeczy nie jest taki ważny. Ja bym to porównał do okładki książki, która może być fajna, kolorowa, ale to tylko okładka. Najważniejsze jest to, co jest pomiędzy. Tak samo było w tej drodze do Santiago i w ogóle wszystkich moich zeszłorocznych wędrówkach. Najważniejsze było to, co działo się w trakcie, a zakończenie było takim fajnym elementem, ale to było tylko zakończenie. Ważny był sam proces, a nie to, że dotarło się do jakiegoś celu.

Przy okazji zobaczyłeś wiele miejsc, w których wcześniej nie byłeś. Poznałeś też pewnie wielu ludzi. Jak oni reagowali, gdy mówiłeś im, że chcesz przejść 4000 kilometrów?

Pierwsze takie pytania padały już w Polsce. Kilka dni po wyjściu z Warszawy, kiedy szedłem brzegiem Wisły, pracujący rolnicy pytali mnie dokąd idę. Mówiłem, że na pielgrzymkę do Gniezna, bo rzeczywiście szedłem przez Gniezno i po 10 dniach tam dotarłem. Stwierdziłem, że jeśli powiem im, że idę do Hiszpanii, to mnie wyśmieją.

Im dalej, tym łatwiej było o tym mówić.

Tak, już na południu Polski, czy w Czechach i dalej nie miałem z tym problemu. Ludzie podchodzili do tego bardzo pozytywnie. Oczywiście byli zaskoczeni, ale nie wszędzie, bo już np. w Niemczech spotykałem ludzi, którzy przyjmowali to na spokojnie. Sami osobiście znali kogoś, kto z południowych Niemiec przeszedł do Santiago. To jakieś 2-2,5 tysiąca kilometrów. Gdzieś w połowie mojej drogi, w okolicach granicy francusko-niemieckiej zdarza się, że stamtąd już ludzie wędrują do Santiago. Tam zaczynają się takie dobrze utrzymane szlaki pielgrzymkowe, od czasu do czasu oznakowane, czy zaopatrzone w schroniska dla pielgrzymów.

Po powrocie napisałeś, że cała czteromiesięczna wyprawa kosztowała cię 400 euro. Rzeczywiście tak było?

Tak. 400 euro na łącznie 111 dni. Średni dzienny budżet był trochę większy niż 3,5 euro. To jest możliwe. To kosztowało mnie naprawdę wielu wyrzeczeń. Nie o wszystkim nawet potrafię opowiedzieć. Owszem, bywało ciężko, ale nie było to niemożliwe. Oczywiście dużo udało się dzięki pomocy innych ludzi. To jest fascynujące na tym szlaku do Santiago, że tam po prostu ludzie pomagają sobie nawzajem. Nawet w takich miejscach, gdzie pielgrzymów jest dużo, gdzie ten ruch pielgrzymkowy jest intensywny, są schroniska, gdzie można się zatrzymać i to nie za ustaloną kwotę, ale za dobrowolny datek. Jeżeli ktoś jest naprawdę biedny i go po prostu nie stać, może się tam zatrzymać nawet za darmo.

To było jedno z piękniejszych doświadczeń na tym szlaku do Santiago - nawet trudno mi to nazwać gościnnością. To było coś więcej ze strony ludzi, których się spotykało. Właściwie w każdym kraju - od Polski aż do Hiszpanii - przynajmniej kilka razy zdarzyło się, że ktoś widząc mnie na szlaku, pomógł mi. Czasami to mogło być zaproszenie do domu, co zdarzyło się przynajmniej raz w każdym kraju, a czasami to była taka zwykła niematerialna pomoc. Czasami ktoś po prostu dodawał otuchy i energii, żebym był w stanie iść dalej.

To że dotarłem do Santiago, to była wisienka na torcie, natomiast spotkania z ludźmi w trakcie były tą esencją. Ale też samo zobaczenie Europy. Kiedy idzie się wolno, jednocześnie widzi się więcej. Mamy wtedy dużo czasu na obserwowanie tego, co jest dookoła nas. Widzi się wszystko intensywniej. Każde miejsce mija się przez długi czas. Niezwykłe było odkrywanie takich drobnych różnic, które nas dzielą. Wydawało mi się, kiedy wyruszałem w tę drogę, że Europa jest w miarę homogeniczna, że jesteśmy z jednego pnia, z jednej kultury, a nawet mówimy podobnymi językami. Później okazało się, że jest mnóstwo takich drobnych szczegółów, które nas dzielą i nie chodzi tylko o granice państwowe, ale też różnice kulturowe, które sprawiają, że np. idąc przez południową Francję czułem się zupełnie inaczej niż zaledwie paręset kilometrów wcześniej przez wschód tego kraju. Dwie różne prowincje niemieckie - Badenia i Bawaria - mogły się różnić między sobą diametralnie. Odkrywanie tych drobnych różnić np. w gospodarowaniu swoją przestrzenią, tym, jak wyglądają domy, czym zajmują się w wolnym czasie, jakie jest ich podejście do religii, do czasu wolnego to było coś fascynującego.

PRZECZYTAJ DRUGĄ CZĘŚĆ ROZMOWY Z ŁUKASZEM SUPERGANEM!