Ukraińscy negocjatorzy wpadli na niecodzienny pomysł, by przyciągnąć uwagę Waszyngtonu i zabezpieczyć pozostające pod kontrolą Kijowa terytoria w Donbasie. Propozycja stworzenia "Donnylandu" - specjalnej strefy nazwanej na cześć prezydenta USA - to najnowszy przejaw dyplomacji opartej na grze na próżności przywódcy Stanów Zjednoczonych.

  • Ukraińscy negocjatorzy mieli zaproponować Amerykanom stworzenie "Donnylandu" w kontrolowanej przez siebie części Donbasu.
  • Ten zabieg miał spowodować, że USA zechce powstrzymać zapędy Rosji do przejęcia terytoriów.
  • Sytuacja ujawnia specyfikę obecnych relacji dyplomatycznych, nastawionych na pochlebstwa wobec Trumpa.
  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

O sprawie pisze "The New York Times".

Jak przypomina amerykański dziennik, dyplomatyczne zabiegi o względy Donalda Trumpa nie są nowością. Polska kusiła go niegdyś wizją "Fortu Trump". Nazwa ta pojawiła się w przestrzeni publicznej w 2018 roku podczas rozmów między prezydentem Andrzejem Dudą i prezydentem USA Donaldem Trumpem. Polska deklarowała gotowość poniesienia znacznych kosztów związanych z budową infrastruktury dla amerykańskich wojsk, a sama nazwa "Fort Trump" miała być gestem wobec prezydenta USA. Armenia i Azerbejdżan nazwały natomiast korytarz transportowy "Szlakiem Trumpa", by podkreślić rolę prezydenta USA w wysiłkach na rzecz pokoju (to jedna z kilku sławnych, zakończonych przez Trumpa wojen).

Wydaje się jednak, że Ukraińcy przebili wcześniejsze inicjatywy. Przynajmniej pod względem kreatywności.

Jak donoszą źródła "NYT" zbliżone do negocjacji, fragment Donbasu, o który wciąż toczą się krwawe walki między Rosją i Ukrainą, miałby przyjąć nazwę "Donnyland".

Nazwa, będąca zręczną zbitką słowną "Donbasu" i "Donalda", po raz pierwszy padła z ust ukraińskiego negocjatora. Choć początkowo rzucona półżartem, miała konkretny cel polityczny: przekonać administrację Trumpa do twardszego sprzeciwu wobec rosyjskich żądań terytorialnych.

Dla Kijowa "Donnyland" to coś więcej niż żart - to próba stworzenia "amerykańskiego stempla" nad obszarem o wymiarach ok. 80 na 60 kilometrów. Ukraińcy liczą na to, że związanie nazwiska prezydenta USA z konkretnym terytorium zadziała jak straszak na Władimira Putina. "NYT" zwraca uwagę na to, że nazwa przypominająca Disneyland, nadana wyludnionemu i zrujnowanemu wojną kawałkowi terytorium, może wydawać się szokująca, ale dobrze odzwierciedla globalną rzeczywistość, w której dyplomacja musi odwoływać się do próżności Trumpa, by zyskać poparcie USA.

Ukraina między młotem i kowadłem

W trakcie ubiegłorocznych rozmów w Anchorage na Alasce między Trumpem i Putinem prawdopodobnie padły twierdzenia, które przybliżyły Rosję do zagarnięcia terytorium na wschodzie Ukrainy. Kilka miesięcy później dyplomacji z Moskwy zaczęli posługiwać się sformułowaniem o "formule Anchorage", odwołując się do rzekomych ustaleń między Rosją i Ameryką, a odnoszących się do kwestii wycofania ukraińskich sił z Donbasu. Wydaje się, że Waszyngton wywierał na Kijów znaczącą presję w tej sprawie, natomiast Ukraińcy zachowali twarde stanowisko negocjacyjne, próbując manewrować między młotem Kremla i kowadłem trzymanym przez amerykański zespół negocjacyjny. 

W międzyczasie w regionie trwały najbardziej mordercze walki, a Rosjanie zostali zatrzymani - dokładnie tak, jak w trakcie wcześniejszych ofensyw. Kijów upierał się, że jest w stanie bronić resztki Donbasu do upadłego, ale w grudniu Wołodymyr Zełenski zasygnalizował, że jest gotów na kompromis.

Propozycja utworzenia tam strefy zdemilitaryzowanej została szybko storpedowana przez Kreml, który postawił niemożliwy do spełnienia warunek, by teren był monitorowany i patrolowany przez rosyjską policję i oddziały Rosgwardii.

Jak informuje "NYT" wśród propozycji pojawił się także model "Monako". Koncepcja zakłada stworzenie półautonomicznego mini-państwa lub specjalnej strefy ekonomicznej, która nie znajdowałaby się pod pełną kontrolą żadnej ze stron konfliktu.

Negocjacje toczą się w cieniu innych globalnych kryzysów. Główni amerykańscy negocjatorzy - Steve Witkoff oraz zięć prezydenta, Jared Kushner - w ostatnich tygodniach koncentrowali się głównie na napięciach z Iranem. Choć Donald Trump obiecywał zakończenie wojny w 24 godziny, rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Zamieszanie na Bliskim Wschodzie wykorzystuje Rosja, która chce wykorzystać moment na wyrwanie dla siebie Donbasu, którego mogą nie obronić wysiłki amerykańskich dyplomatów, zmęczonych przedłużającymi się negocjacjami na kilku frontach równocześnie. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow oświadczył niedawno, że Rosja zaakceptuje jedynie pełne przejęcie całego terytorium i nie zamierza wymieniać go na pokój.

"NYT" podaje, że ukraiński negocjator przy użyciu AI stworzył złoto-zieloną flagę "Donnylandu" i hymn parapaństwa. Nie jest jednak jasne, czy "symbole państwowe" zostały pokazane stronie amerykańskiej.

W niedawnej wypowiedzi na temat Ukrainy, Donald Trump zapytany przez dziennikarza RMF FM, czy zapomniał o wojnie za naszą wschodnią granicą, odpowiedział: Sprawa Ukrainy jest w toku. Teraz jesteśmy skoncentrowani na Iranie.