W wakacje bierzemy pod lupę polski Bałtyk. Razem z naszymi reporterami sprawdzamy z czego słynie polskie morze i za co kochają je miłośnicy przygód.

Na dnie Bałtyku może spoczywać nawet sto tysięcy wraków: od łodzi wikingów, przez okręty wojenne, po współczesne kutry rybackie. Nurkowie wciąż odkrywają też nowe tajemnice morza.

Szacunki mówiące o 100 tysiącach wraków mogą być prawdziwe. Na Bałtyku od wieków trwała żegluga, prowadziły tędy szlaki handlowe, toczyło się wiele bitew - mówi reporterce RMF FM nurek i poszukiwacz wraków
Aleksander Ostasz. Jak podkreśla, zimne morze ma taką przewagę nad ciepłymi wodami, że nie ma w nim świdraka, czyli gatunku małży, który trawi celulozę i rozkłada drewniane wraki. To daje szansę znaleźć na dnie Morza Bałtyckiego naprawdę cenne okazy, jak np. szwedzki galeon Vasa, pochodzący z XVII wieku. Został wydobyty na brzeg po 300 latach i przekształcony w muzeum. Ale zdarzają się również jeszcze starsze znaleziska. Wyjątkowo cenne są fragmenty łodzi Wikingów.

Osobnym elementem są militarne pozostałości po wojnie. Największy wrak to niemiecki lotniskowiec Graf Zeppelin, zdobyty przez wojsko radzieckie, a następnie zatopiony w pobliżu Władysławowa na naszych wodach terytorialnych na głębokości ok. 80 metrów ­- opowiada Aleksander Ostasz. Wrak Grafa Zeppelina odnaleziono dopiero w 2006 roku. 

Co roku znajdowane są jednak kolejne wraki. Z pomocą idzie nowoczesna technika. Olbrzymie możliwości daje wykorzystywanie urządzeń, jakimi dysponują koncerny poszukujące podwodnych złóż. Dzięki georadarom można zajrzeć nie tylko pod powierzchnię morza, ale też w głąb morskiego dna. W ten sposób na Martwej Wiśle w Gdańsku znaleźliśmy wrak statku rzecznego z XVIII wieku. Urządzenia są nadal bardzo drogie, ale w przyszłości na pewno będą wykorzystywane do poszukiwania wraków. Dzięki nim można w trzech wymiarach obejrzeć, co kryje się pod warstwą mułu na dnie - tłumaczy Aleksander Ostasz.

Podwodnych obiektów przybywa także dlatego, że są specjalnie zatapiane jako atrakcja dla nurków. Przykładem może być kuter Bryza na Helu. Podwodny skansen powstaje też w Świnoujściu. Trafiają tam obiekty znalezione podczas budowy falochronu przy gazoporcie.

Istnieją jednak również wraki, na których nurkowanie jest zakazane. To np. niemiecki Steuben, zatopiony przez radziecki okręt podwodny, kiedy na pokładzie przewoził rannych i uchodźców. Z pięciu tysięcy osób, udało się wtedy uratować zaledwie trzysta. Nurkować nie można też na Wilhelmie Gustloffie. Na jego pokładzie miała się znajdować kajuta Hitlera. Statek został zatopiony przez ten sam radziecki okręt podwodny, który wystrzelił torpedy w Steubena. Na pokładzie Gustloffa zginęło prawie 5 tysięcy osób, głównie niemieckiej młodzieży.

Bałtyk jak pole minowe

Na dnie Bałtyku zalegają też duże ilości broni chemicznej m.in. sarinu, tabunu, iperytu i cyjanowodoru. Wciąż brakuje pomysłu jak zneutralizować tę tykającą bombę. Mówi się nawet o 60 tysiącach ton bojowych środków chemicznych. To jednak tylko szacunki. Po II wojnie światowej na dno morza trafił cały arsenał chemiczny Wehrmachtu. Nie wiadomo jednak ile ton do wody wrzuciła Armia Czerwona. Archiwa z czasów ZSRR są tajne.

Istnieją trzy główne składowiska chemikaliów: pierwsze koło Gotlandii, drugie w Głębi Bornholmskiej i trzecie odkryte niedawno w Zatoce Gdańskiej. Niestety dokładnych danych, co leży na dnie morza nie ma  - mówi Andrzej Borowiec, dyrektor Urzędu Morskiego w Szczecinie. Pojemniki z gazami bojowymi były zrzucane ze statków po drodze na wyznaczone składowiska. Skala zagrożenia może być ogromna, zwłaszcza, że mają one już ponad 70 lat.

"Bałtyk jest fascynujący. Kryje mnóstwo tajemnic"

"Naszym największym "sukcesem" jest odnalezienie liniowca "Steuben" i sprecyzowanie położenia na dnie Bałtyku niemieckiego lotniskowca "Graf Zeppelin" - mówi w rozmowie z RMF FM Dominik Iwen hydrograf z jednostki ORP "Arctowski". Jak dodaje, polskie... czytaj więcej

Rybacy od czasu do czasu wyławiają ryby ze śladami poparzeń. Zdarzają się również przypadki wyrzucenia na brzeg morza kul iperytu. Ten silnie drażniący środek tworzy w wodzie bryły, których powierzchnia utlenia się i przyjmuje brunatną barwę. Dlatego bywa mylony z bursztynem.

Nie ma jednoznacznych badań potwierdzających, że w miejscach składowania broni chemicznej dochodzi do zanieczyszczenia środowiska. Ryby z Głębi Gotlandzkiej mają się gorzej niż te z innych rejonów Bałtyku, ale nie ma dowodów, że to z powodu chemikaliów, a nie przez gromadzące się w tym miejscu zanieczyszczenia innego pochodzenia - podkreśla dyrektor Urzędu Morskiego w Szczecinie.

Nie ma również porozumienia w sprawie wydobycia z Bałtyku zbiorników z gazem bojowym. Nie wiadomo kto miałby za to zapłacić, jak taką operację przeprowadzić i jak potem zneutralizować groźne środki. Ich usunięcia domagają się ekolodzy. Istnieje jednak ryzyko, że podczas wydobywania, mogłoby dojść do skażenia środowiska. Na razie miejsca składowania broni chemicznej oznaczone są na mapach żeglugowych.

Bałtycki bursztyn

Morze Bałtyckie słynie z bursztynu. Chętnych do jego poszukiwań nie brakuje. Jak zbierać bursztyn, żeby nie mieć problemów z prawem? Przyjęło się, że to co znajdziemy na piachu jest nasze. Nie wolno natomiast w poszukiwaniu bursztynu kopać w piasku. Na tego rodzaju pozyskiwanie trzeba mieć koncesję. Generalnie takie pozwolenia nie są wydawane - przestrzega Andrzej Borowiec ze szczecińskiego Urzędu Morskiego.

Im dalej na wschód wybrzeża Bałtyku, tym łatwiej znaleźć bursztyn. Nie trzeba jednak koniecznie jechać pod Obwód Kaliningradzki. Po huraganie Ksawery mieszkaniec Ustronia Morskiego znalazł bursztyn wielkości pięści.