"Uważam, że był wielką indywidualnością, nikogo nie naśladował" - powiedział saksofonista jazzowy Zbigniew Namysłowski o Tomaszu Stańce. Muzyk zmarł w niedzielę rano. Miał 76 lat.

Tomasz Stańko miał 76 lat /Jacek Turczyk /PAP

Uważam, że był wielką indywidualnością, nikogo nie naśladował. Był zupełnie inny niż jakikolwiek trębacz, nie próbował naśladować nawet Milesa Davisa - ocenił Namysłowski.

Saksofonista podkreślił, że Stańko był ulubionym muzykiem Krzysztofa Komedy, "który brał go na absolutnie wszystkie nagrania, dopóki był w Polsce i dopóki grał jazz".

W autobiografii "Desperado", która miała formę wywiadu Stańko mówił: Mam skłonność do tego, co nieustabilizowane, anarchistyczne. Gdybym się urodził później, byłbym rockmanem albo hiphopowcem. To wszystko muzyka nonkonformistyczna. Jazz był opozycją szkoły, stabilizacji i mieszczaństwa, które dał mi rodzinny dom. Instynktownie czułem, że jazz najbardziej pomoże mi w pokonywaniu słabości, zmianie osobowości.

Zdaniem Namysłowskiego największym osiągnięciem Stańki było założenie na przełomie lat 60. i 70. "pierwszego i jedynego prawdziwego" zespołu free jazzowego w Polsce. Wszystkie potem próby nie były tak udane, jak właśnie ten zespół - ocenił.

O śmierci artysty poinformowali Tomasz Tłuczkiewicz, przyjaciel muzyka i Paweł Brodowski, redaktor naczelny "Jazz Forum".

Stańko zmarł w niedzielę rano w warszawskim szpitalu onkologicznym na Ursynowie. Miał 76 lat. Był trębaczem, kompozytorem i aranżerem, jednym z najważniejszych muzyków na polskiej i europejskiej scenie jazzowej.

Jego Kwintet z lat 1968-1973 uznany został za jedna z najlepszych formacji w historii polskiego jazzu. Nagrał około 40 autorskich płyt, komponował muzykę filmową. Był wielokrotnie nagradzany, m.in. w 2003 r. otrzymał Europejską Nagroda Jazzową.

(ag)