Niemcy pokonani w głosowaniu na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Szef MSZ Johann Wadephul mówi o "dotkliwej porażce". "Skala porażki jest tak duża, tak wyraźna i tak bolesna, że nie da się jej niczym przykryć" - pisze "Sueddeutsche Zeitung".

  • Niemcy przegrały walkę o niestałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.
  • Prasa określa porażkę jako "wotum nieufności" wobec Niemiec.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych wybrało w środę Kirgistan, Zimbabwe, Trynidad i Tobago, Portugalię oraz Austrię na nowych niestałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Austria otrzymała 131 głosów. Rywalizujące z nią Niemcy zdobyły 104 głosy.

Szef MSZ: Walczyliśmy do ostatniej minuty

Jest to dla nas dotkliwa porażka - powiedział Wadephul w środę wieczorem w wywiadzie dla niemieckiej telewizji publicznej ARD. Niemcy przedstawiły ofertę, aby w najbliższych dwóch latach działać w Radzie Bezpieczeństwa na rzecz wartości, które uważamy za słuszne - prawa międzynarodowego, rozwiązywania konfliktów. Walczyliśmy do ostatniej minuty - powiedział szef niemieckiej dyplomacji.

Wadephul pogratulował Austrii i Portugalii, które wyprzedziły Niemcy i weszły do RB ONZ. Szef niemieckiego MSZ zaznaczył, że niektóre państwa, w tym Rosja "pracowały przeciwko wyborowi Niemiec". Rosja nie jest zainteresowana tym, żeby państwo mocno wspierające Ukrainę zasiadało za stołem Rady Bezpieczeństwa. Musieliśmy walczyć z przeciwnym wiatrem, który okazał się tak silny, że nie starczyło nam (głosów) - tłumaczył w rozmowie z ARD.

Wadephul zwrócił uwagę na fakt, iż Niemcy stosunkowo późno, w 2020 r. zgłosiły swoją kandydaturę, podczas gdy Austria i Portugalia zrobiły to wcześniej.

"Wotum nieufności świata wobec Niemiec"

Zdaniem "Sueddeutsche Zeitung" niekorzystny wynik głosowania oznacza "wotum nieufności świata wobec Niemiec". "Skala porażki jest tak duża, tak wyraźna i tak bolesna, że nie da się jej niczym przykryć" - ocenił w czwartek komentator gazety Daniel Broessler. Republika Federalna musi jako kraj przyjąć do wiadomości, że otrzymała od wspólnoty międzynarodowej "wotum nieufności".

Wynik głosowania w ONZ "ma potencjał do tego, aby stać się symbolem kraju, któremu nic się nie udaje". Merz rok temu wprowadził się do urzędu kanclerskiego z pakietem obietnic, wśród których poczesne miejsce zajmowała zapowiedź zbudowania silnej pozycji w polityce międzynarodowej.

Odpowiedzialność za porażkę ponosi przede wszystkim szef MSZ Johann Wadephul. Zdaniem komentatora nie można wykluczyć, że minister straci stanowisko. Jeszcze większe znaczenie mają straty wizerunkowe Merza. Kanclerz chciał uczynić z Niemiec "wiodące mocarstwo średniej wielkości". Teraz trudno mu będzie przekonująco realizować te ambicje. Pewną rolę mogła odegrać nieobecność Merza na otwarciu Zgromadzenia Ogólnego ONZ we wrześniu ubiegłego roku. Kanclerz nie docenił tego, że jego absencja mogła zostać odebrana jako arogancja i lekceważenie.

Zdaniem Broesslera wpływ na porażkę mogło mieć także niemieckie podejście do konfliktu na Bliskim Wschodzie oraz antyniemiecka kampania prowadzona przez Rosję. Nie oznacza to jednak, że Niemcy powinny zrezygnować ze specjalnego stosunku do Izraela i zaprzestać pomagania Ukrainie. "Niemiecka polityka zagraniczna musi pożegnać się z przekonaniem, że posiada coś w rodzaju stałego kredytu zaufania w świecie" - stwierdza w konkluzji Broessler, zastrzegając, że nie należy dramatyzować porażki. Niemcy pozostają "cieszącym się szacunkiem i dysponującym rozbudowaną siecią połączeń międzynarodowych" krajem.

"Dotkliwy cios" dla Merza

"Tageszeitung" pisze o "dotkliwym ciosie" dla kanclerza Merza. Porażka w głosowaniu pokazuje, że Niemcy muszą podjąć pracę nad odzyskaniem wiarygodności. Trzecia najpotężniejsza gospodarka świata w głosowaniu uległa Austrii, która zajmuje na tej liście 29 miejsce.

Merz, który zapowiedział przejęcie przez Niemcy roli kierowniczej w świecie, musiał odebrać tę porażkę jak "faul w polu karnym". "Można powiedzieć - jest sam sobie winien" - podkreśla "TAZ", wskazując na zarzuty krajów arabskich o stosowanie podwójnych standardów wobec sytuacji na Bliskim Wschodzie czy interwencji USA w Wenezueli.

"Złośliwość czy wzruszenie ramion byłoby nie na miejscu" - zastrzega gazeta. ONZ tkwi w kryzysie. Stali członkowie, przede wszystkim USA i Rosja zbyt często blokują Radę Bezpieczeństwa. Ważne jest, by niestali członkowie byli przeciwwagą i bronili fundamentalnych założeń ONZ - prawa do samostanowienia narodów, pokojowego rozwiązywania konfliktów i międzynarodowej współpracy.

Miejsce bez korzyści?

Bardziej sceptycznie ocenia rolę ONZ "Frankfurter Allgemeine Zeitung", bagatelizując znaczenie porażki w głosowaniu. "Niemcy straciły dużo energii na zabieganie o miejsce, które i tak nie przyniosłoby im dużych korzyści" - ocenił Nikolas Busse. "Rada Bezpieczeństwa ONZ nie jest dyrektoriatem światowej polityki. To, czego Niemcy rzeczywiście potrzebują dla własnego bezpieczeństwa, muszą zagwarantować sobie w inny sposób" - uważa komentator.

Jak podkreślił, duże i małe mocarstwa, pomimo istnienia ONZ, prowadziły wojny według własnego uznania, ignorując główne założenie ONZ - zachowanie pokoju. Dotyczy to także Niemiec, które wysłały Bundeswehrę do Kosowa bez mandatu ONZ.

Dwa stali członkowie Rady Bezpieczeństwa okazali ostatnio "nieskrywaną pogardę" dla reguł, których powinni bronić. Rosja napadła na Ukrainę, a Stany Zjednoczone pokazują to na Bliskim Wschodzie, obecnie w Iranie. "Czy niemiecki rząd uważa, że członkostwo w RB mogłoby cokolwiek zmienić? Że na wielkiej scenie w Nowym Jorku można zmusić Putina do wycofania wojsk? Że Trump nawróci się na prawo międzynarodowe?" - pyta Busse.

Energia, którą minister spraw zagranicznych zainwestował w zabiegi o pozbawione znaczenia miejsce, dowodzi, że Berlin nadal skłania się w kierunku polityki idealistycznej. "Bezpieczeństwa, którego Niemcy w wielobiegunowej epoce tak bardzo potrzebują, nie można osiągnąć w RB ONZ, lecz tylko poprzez zbrojenia i wzrost gospodarczy w kraju" - konkluduje komentator "FAZ".