Śledczy badają przyczyny katastrofy małego samolotu, który w niedzielę rozbił się w pobliżu Butler w amerykańskim Missouri. Na pokładzie było 12 osób - pilot i skoczkowie spadochronowi. Wszyscy zginęli.

  • Chcesz wiedzieć, co dzieje się w kraju i na świecie - wejdź na rmf24.pl.

Do katastrofy doszło w pobliżu Butler około godziny 11:20 czasu lokalnego. Pilot małego samolotu stracił panowanie nad maszyną i runął na ziemię. Zginęli wszyscy na pokładzie - w sumie 12 osób. 

Tożsamość ofiar nie została jeszcze publicznie podana. Wiadomo jednak, że pasażerami byli skoczkowie spadochronowi.

Bailey Reed, który był świadkiem katastrofy, powiedział stacji CBS News, że samolot tuż przed katastrofą leciał z dużą prędkością, pionowo w dół. 

Nie mieli czasu, żeby skoczyć - powiedział Reed. Byli tak nisko nad ziemią, że spadochrony nie otworzyły się i nie było szans, żeby ktokolwiek mógł wyskoczyć i przeżyć - dodał.

Każda osoba na pokładzie tego samolotu była moją znajomą - mówił w rozmowie z lokalnymi mediami Charles Crinklaw, skoczek spadochronowy z Kansas City, miasta położonego około 80 kilometrów na północ od Butler.

Pilot nie kontaktował się z wieżą kontroli lotów

Federalna Administracja Lotnictwa (FAA) poinformowała, że samolot Pacific Aerospace P750 rozbił się podczas startu z lotniska. Po katastrofie wybuchł pożar.

Wczoraj śledczy na miejscu zdarzenia dokumentowali wrak i zbierali dowody rzeczowe. Wstępny raport komisji będzie dostępny w ciągu 30 dni. Pełny raport z dochodzenia zostanie sporządzony w ciągu około 12-18 miesięcy.

FAA przekazała, że tuż przed katastrofą samolot nie kontaktował się z wieżą kontroli lotu. Jak wyjaśniono, pilot nie musiał utrzymywać takiej łączności ze względu na rodzaj przestrzeni powietrznej, w której się znajdował.