Surfing wśród toksycznych odpadów czy wakacje z duchami? A może leżakowanie na stertach śmieci lub wskoczenie do wody przy prądach, które natychmiast wciągają cię w głębiny? Zapomnijcie o rankingach najpiękniejszych plaż. Oto wszystko, czego potrzebujecie - zabierzemy was w miejsca, w których definitywnie nie chcecie się znaleźć. A jeżeli jednak wasze losy potoczą się inaczej, uważajcie.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Rosyjska ruletka. Plaże na Dalekim Wschodzie

Podróż po najbardziej przerażających miejscach wakacyjnych świata, rozpoczynamy od słonecznej Rosji, gdzie w bliskim sąsiedztwie Pietropawłowska Kamczackiego na Dalekim Wschodzie, znajduje się kilka specjalnych punktów, gdzie definitywnie nie należy rozstawiać parawanu. Można za to surfować - i to akurat nie żart, bo tamtejsze wody, ze względu na idealne fale, uznaje się za jedne z ciekawszych dla wielbicieli pływania na desce. Wszystko to wśród czarnego piasku, niezwykłych tworów skalnych wystających z oceanu i wulkanicznych formacji widocznych w tle. Kamczatka może zachwycić krajobrazem. Jest jednak pewien szkopuł.

W 2020 roku region odwiedzili surferzy. Po sesji na plażach Buchta Ścitawaja i plaży Chalaktyrskiej zaczęli odczuwać poważne podrażnienie oczu, podrażnienie skóry i problemy z oddychaniem.

Wszyscy zaczęliśmy odczuwać dziwne objawy. Po surfingu oczy stawały się czerwone, a potem pojawiała się biała mgła. Widzieliśmy świat jak przez zaparowaną szybę. Wieczorem ból stawał się nie do zniesienia, jakby ktoś nasypał nam piasku do oczu albo pociął je żyletką - opisywał w rozmowie z portalem Meduza Anton Morozow, jeden ze sportowców, który wybrał się poszaleć na falach. Inny opisywał dno morskie jako "całkowicie martwe". Niektórzy opisywali brzeg morza, jako cmentarz lokalnej fauny. Według niektórych doniesień, ryby wyrzucone na brzeg wyglądały "jak ugotowane". Alarm podniosła także organizacja Greenpeace, publikując zdjęcia martwych organizmów wyrzucanych na brzeg.

Sam Morozow twierdził, że linia brzegowa na odcinku 20-30 km pokryta była "zielonkawo-żółtą" cieczą. Do akcji wkroczyły lokalne służby, które starały się stworzyć wiarygodną historię o przyczynach zanieczyszczenia. Rosyjscy eksperci szybko doszli do wniosku, że nie może być mowy o toksynach, które przedostały się do wody z powodu działalności człowieka. Pytasz o skalę katastrofy - dla nas nie ma żadnej skali katastrofy. Nikt nie zginął, nikt nie został ranny - powiedział dziennikarzowi cytowany przez agencję informacyjną RIA ówczesny minister zasobów naturalnych i środowiska Dmitrij Kobyłkin. Według niego przyczyną zamieszania miały być burzliwe warunki atmosferyczne.

Częściowo mógł mieć rację. Niedługo przed pojawieniem się w regionie surferów, w Kamczatkę uderzył potężny cyklon. Wydaje się jednak, że to za mało, by pokryć plaże zielonkawymi toksynami i spowodować poważne dolegliwości u turystów. Rzecz w tym - o czym rosyjskie władze naturalnie nie wspomniały - że w pobliżu plaż, u podnóża wulkanu Kozielskiego znajduje się baza wojskowa.

Obiekt jest intensywnie wykorzystywany przez 40. Samodzielną Brygadę Piechoty Morskiej Floty Pacyfiku. Odbywają się tam manewry taktyczne, strzelania artyleryjskie, testy sprzętu pancernego oraz ćwiczenia z zakresu obrony wybrzeża i desantu. Jest to poligon o znaczeniu strategicznym dla ochrony wschodnich granic Rosji. Placówka jest znana także z tego, że od dekad służy jako miejsce przechowywania starych zasobów wojskowych. Według niezależnych ekspertów i ekologów, przyczyną katastrofy u wybrzeży Kamczatki mógł być wyciek paliwa rakietowego, do którego faktycznie mogło dojść w wyniku potężnych sztormów i burz przetaczających się przez region. W Rosji ogólnie rzecz biorąc lepiej dmuchać na zimne, a planowanie wakacji najsensowniej rozpocząć od zlokalizowania najbliższych baz i składów wojskowych. Surferzy na Kamczatce nie boją się zimna, rekinów czy utonięcia - boją się toksyn wyciekających z tajnych instalacji militarnych. Rosja nie jest krajem dla amatorów.

Witaj wśród śmieci. Plaża na Wyspie Hendersona

Wyspa Hendersona cierpi na geograficznego pecha. Położona w archipelagu Pitcairn (Brytyjskie Terytoria Zamorskie), niemal dokładnie w połowie drogi między Chile a Nową Zelandią, teoretycznie powinna być synonimem nietkniętego ludzką ręką raju na ziemi. Niestety, znajduje się w obrębie Wielkiego Południowopacyficznego Wiru, ogromnego systemu prądów oceanicznych, z którymi wędruje Wielka Pacyficzna Plama Śmieci. To gigantyczne skupisko mikroplastiku o powierzchni ponad 1,5 mln km kw. Swoista pieczęć działalności człowieka na planecie. W rejonie wyspy Hendersona prądy morskie działają jak fabryczna taśma, ściągająca na plażę Wschodnią wszystkie odpady, niesione przez fale.

Większość śmieci na wyspie Hendersona to przedmioty codziennego użytku: szczoteczki do zębów, zapalniczki, grzebienie i setki tysięcy plastikowych widelców. To wszystko czyni ją największym skupiskiem odpadów plastikowych na kuli ziemskiej, z szacowanym bagażem 38 mln ton śmieci, których stale przybywa. To tam kraby pustelniki zmuszone są do zamieszkania w nakrętkach po paście do zębów, a żółwie morskie giną, nie mogąc przebić się przez warstwę plastiku. W wielu miejscach mikroplastik jest tak drobny, że nie sposób oddzielić go od piasku.

Ostrożne szacunki wskazują, że każdego dnia na wyspę wyrzucane jest od 3500 do 13 500 nowych plastikowych przedmiotów. Od 2019 roku, kiedy zainicjowano akcję wielkiego sprzątania wyspy, usunięto stamtąd nieco ponad 9 ton odpadów. Kolejne akcje są w planach, ale na razie Wyspa Hendersona stanowi ponure przypomnienie, że plastik nie znika, a człowiek może zanieczyścić najbardziej dziewczy krajobraz.

W rezultacie, chociaż sama wyspa jest przepiękna, rozstawianie parasola wśród martwych zwierząt i ton tworzyw sztucznych wydaje się złym pomysłem. Jedno jest pewne - jeśli nigdy nie popłyniesz na wyspę Hendersona, istnieje duża szansa, że twoja szczoteczka do zębów już tam jest.

Nie ustawiaj leżaczka blisko brzegu. Reynisfjara

Plaża - wspomnienie. Określana jako "piękna i bestia", islandzka Reynisfjara zawdzięczała swoją sławę również niesamowitym widokom. Z czarnym piaskiem wulkanicznym, klifami wchodzącymi głęboko w ocean i bazaltowymi kolumnami miejsce to, położone na zachód od miasteczka Vik w południowej części wyspy, stanowiło plan zdjęciowy dla wielu superprodukcji filmowych. To tutaj nagrywano ujęcia do Gry o Tron, Gwiezdnych Wojen czy Star Treka.

W czym zatem problem? Jeśli masz głowę na karku - raczej przeżyjesz. Jeśli nie... Cóż, problem z plażą Reynisfjara polega na tym, że miejsce słynie z tzw. fal-pułapek (sneaker waves). Islandcy blogerzy na próżno apelują do turystów, by nie lekceważyli zagrożenia. Fale na Reynisfjara są wyjątkowo zdradliwe i wdzierają się w głąb lądu znacznie dalej niż może się wydawać obserwatorowi. Co więcej zanim pojawi się właściwa, śmiertelnie niebezpieczna fala, ocean "usypia" niczego nieświadomych widzów niewielkimi załamaniami wody przez kilkanaście minut. Potem nadchodzi wodna pułapka, która nagle, gwałtownie wdziera się na plażę, jest w stanie ściąć z nóg dorosłą osobę, gdziekolwiek ta się znajduje i natychmiast zabrać ją w głąb oceanu, gdzie woda ma temperaturę zaledwie kilku stopni. Ocean w tym miejscu nie ma szelfu kontynentalnego - dno gwałtownie opada zaraz przy brzegu. 

Przy wejściu na Reynisfjara stoi tabliczka z napisem, by nigdy nie odwracać się plecami do oceanu. To nie lokalny przesąd, to nie folklorystyczna opowieść o islandzkich elfach, to ostrzeżenie, które może uratować życie. Ale nie musi. Ostatnią ofiarą fal-pułapek była 9-letnia dziewczynka z Niemiec, która przebywała na plaży ze swoim ojcem i siostrą w sierpniu 2025 roku. Fala i prąd wsteczny nie dały jej żadnych szans.

Na początku 2026 roku Reynisfjara zmieniła się. Silne prądy oceaniczne dosłownie porwały większość piasku, pozostawiając pole nagich skał. Specjaliści twierdzą, że przynajmniej część pyłu, tworzącego plażę została przeniesiona w inne miejsce. W kultowym, ukochanym przez filmowców miejscu nie da się już dotrzeć po piasku do bazaltowych formacji. To jednak nie odstrasza ciekawskich, ale mamy złą wiadomość. Zagrożenie falami-pułapkami wzrosło. Nie ma już naturalnej piaszczystej bariery, oddzielającej ocean od potencjalnej ofiary. Są natomiast śliskie skały, które nie ułatwiają walki z żywiołem. Jeśli możesz, zrób sobie selfie w centrum Rejkjawiku, a do islandzkiego oceanu podchodź z należytym szacunkiem. Natura ma lepszy samowyzwalacz niż twój aparat.

Bez egzorcysty nawet nie próbuj. Dumas Beach

Najbardziej nawiedzone miejsce w Indiach, położone nad Morzem Arabskim w stanie Gudżarat. Ciemny piasek na plaży - jak głoszą legendy - powstał w wyniku mieszania się pyłu wulkanicznego z... prochami zmarłych. Wyżej położone partie plaży służyły bowiem jako cmentarz i miejsce kremacji.

Według lokalnych wierzeń, niektórzy ze zmarłych odmawiają opuszczenia tego miejsca i jako duchy błąkają się po zmroku. Times of India podaje, że po zachodzie słońca, plaża odwiedzana za dnia przez turystów - pustoszeje. Ci, którzy decydują się rzucić wyzwanie siłom spoza tego świata, muszą liczyć się z trudnymi do wyjaśnienia anomaliami. Nad brzegiem obserwowano świetliste kule, słyszano ludzki śmiech i płacz, nawet gdy wokół nie widać było "żywej duszy". Mówi się także o zaginięciach. 

Na Dumas odnaleziono - według indyjskich mediów - także martwego mężczyznę z wysuniętym językiem. Rzekomo nikt nie potrafił wyjaśnić przyczyny tych wszystkich zdarzeń.

Plaża opisywana jest jako "piękna, ale jednocześnie przygnębiająca" (Times of India) i przepełniona tajemniczą, ciężką atmosferą.

Ze względu na te opowieści, lokalne władze często ostrzegają przed spacerami po plaży po zmroku. Trudno powiedzieć, czy to sprytny chwyt marketingowy, czy faktyczna troska o odwiedzających. Kto jednak miałby ochotę sprawdzać?

Honorowe wyróżnienie: Koszmar plażowicza, czyli La Pelosa

Na koniec coś do bólu realnego. Istnieją podzielone zdania, czy La Pelosę należy włączać do zestawienia "najgorszych", bo położona na północno-zachodnim wybrzeżu Sardynii, niedaleko miejscowości Stintino, plaża jest absolutnie zachwycająca widokowo z bielutkim piaskiem i krystalicznie czystą wodą. O kremowaniu zwłok w pobliżu, nic nie wiadomo. Rosyjskie bazy wojskowe znajdują się daleko, fale nie porywają do topieli i nawet nie jest brudno.

Niestety, La Pelosę można uznać za symbol dzisiejszego turyzmu. Plaża jest dosłownie oblężona przez odwiedzających. Sprawy zaszły tak daleko, że lokalne władze zdecydowały się na wprowadzenie systemu rezerwacji. Bookujesz więc z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem (trochę wcześniej niż bilet samolotwy na Sardynię) miejsce, by odpocząc na zasłużonym urlopie. Koszt nie jest wstrząsający - to 3,5 euro od osoby, więc można się szarpnąć. Idziesz zatem na plażę, znajdujesz punkt między parasolami i leżakami innych, podobnych tobie. Następnie rozkładasz ręcznik na piasku, i w tym właśnie momencie przegrałeś z systemem. Piasek na plaży La Pelosa jest bowiem tak cenny, że władze uznały, iż turyści wynoszą go zbyt dużo w splotach tradycyjnych ręczników. Jeśli nie masz specjalnej maty, zostaniesz odprawiony z mandatem w kwocie 100 euro i odesłany do hotelu, zanim wejdziesz do wody. Nie trzeba chyba wspominać, co się stanie, jeśli lokalni strażnicy - "baracelli" - zobaczą, że próbujesz zabrać do domu znalezioną muszelkę.

Sam piasek jest tak ceniony i chroniony, że turyści przyłapani na "przemycie" w bagażu na lotnisku płacą kary znacznie wyższe - sięgające nawet 300 - 5000 euro.

Jeśli więc jesteś gotów na chodzenie po plaży z obowiązkową, wydawaną w kiosku z biletami opaską i zmierzenie się z biurokratycznym koszmarem, w ramach którego znajdziesz się pod stałą obserwacją służb - śmiało. Na plażę dziennie wchodzi 1500 osób - to odgórnie narzucony limit. Jest szansa, że staniesz się jednym z wybrańców, co samo w sobie powinno poprawić ci humor, tuż po tym, gdy skorzystasz (to nie żart) z prysznica, którym musisz zmyć drogocenny piasek ze swoich stóp. 

Udanego urlopu!