"Pracuję w kardiochirurgii 45 lat i przyznaję, że nie słyszałem o przypadku, żeby dało się schłodzić pacjenta do 12 stopni, żeby serce się nie zatrzymało" - tak prof. Jerzy Sadowski z krakowskiego szpitala im. Jana Pawła II mówi o dwuletnim Adasiu, wybudzonym ze śpiączki po głębokim wyziębieniu. "Całe szczęście, że już wcześniej na kilku dorosłych pacjentach mieliśmy ten sposób leczenia przećwiczony, bo już wiedzieliśmy, jak w takim przypadku postępować" - podkreśla prof. Sadowski. "Dzięki tej metodzie i zaangażowaniu różnych służb i nas lekarzy będzie można uratować wielu pacjentów" - zauważa.

"Nasz syn oddycha samodzielnie, to dla nas wielkie szczęście. Cieszymy się każdą chwilą spędzoną z Adasiem" - mówią rodzice 2-latka wybudzonego ze śpiączki po głębokim wyziębieniu. Dziecko dochodzi do siebie w szpitalu w Prokocimiu. czytaj więcej

Maciej Pałahicki: Chyba bez przesady można powiedzieć, że oczy całego świata medycznego skierowane są znowu na Kraków. To, co się dzieje w tej chwili to taka trochę historia się dzieje na naszych oczach.

Jerzy Sadowski: Tak, bardzo się cieszymy, że tak się dzieje. Mniej więcej rok temu powstał system ratowania pacjentów, którzy zmarzli w różnych okolicznościach. Pierwotnie myśleliśmy, żeby ten system był skierowany do pacjentów, którzy zamarzli w górach - w lawinie, wychłodzeni, czy wpadli do zimnej wody, doszło do utraty przytomność, do schłodzenia organizmu. W związku z tym zaprosiliśmy do tego programu straż pożarną, policję, GOPR, który bardzo aktywnie się włączył, bo myśleliśmy, że będą to głównie pacjenci z gór. Okazało się jednak, że w dużych miastach jest sporo ludzi bezdomnych, którzy śpią w różnych przymusowych warunkach gdzieś w ruinach, przymarzają i tacy pacjenci też muszą być ratowani. W ciągu tego czasu udało nam się już kilku pacjentów w ten sposób uratować. Najważniejsze jest to, że mamy w tej chwili już opracowany system, funkcjonujący. Autorem tego systemu był doktor Darocha. Razem z naszym szefem anestezjologii, panem docentem Rafałem Drwiłą zorganizowali ten system na intensywnej terapii kardiochirurgii. W momencie, gdy było zgłoszenie, że jest takie małe dziecko, zaczęliśmy się zastanawiać, czy lepiej u nas je ogrzewać, czy lepiej w Prokocimiu. Nasz koordynator, doktor Darocha, zdecydował, że jednak będzie to lepiej zrobić w Prokocimiu. Zainteresowaliśmy kardiochirurgów w Prokocimiu, którzy też mają taki system wspomagania, system ECMO. Pracuję w kardiochirurgii 45 lat i przyznaję, że nie słyszałem o przypadku, żeby dało się schłodzić pacjenta do 12 stopni, żeby serce się nie zatrzymało. Jakby się zatrzymało, oczywiście całej tej akcji by nie było.
W czasie operacji kardiochirurgicznej ochładzamy zawsze pacjenta, dorosłego pacjenta, i widzimy, że w temperaturze 27, 28 stopni dochodzi do migotania komór, czyli w zasadzie do zatrzymania akcji serca. Tutaj się okazuje, że ten dzieciak się schłodził aż do 12,7, co jest niebywałe. Zastanawiamy się, jaka jest inna biologia u takiego małego dziecka, a jaka jest u dorosłego. Gratuluję kolegom w Prokocimiu, że to się udało, świetnie, bardzo się cieszę, że mamy już taki opracowany system.

Gdyby nie ta metoda, nie ten program, to tradycyjnymi metodami prawdopodobnie Adasia nie udałoby się uratować.

Tak, pacjenta schłodzonego do tak niskiej temperatury nie dałoby się go ogrzać zewnętrznymi sposobami, to znaczy jakąś kołderką czy podgrzewaną kołderką. To by się nie udało. Całe szczęście, że już wcześniej na kilku dorosłych pacjentach mieliśmy ten sposób leczenia przećwiczony, bo już wiedzieliśmy, jak w takim przypadku postępować.

I że trzeba płyny ustrojowe na zewnątrz ogrzać.

Tak, podłącza się krążenie pozaustrojowe, wyprowadza się krew od pacjenta, na zewnątrz w sztucznym płucosercu ogrzewa się tę krew i krew wraca już ogrzana, więc to jest taki sposób, że cały ustrój można krwią własną ogrzać.

I teraz cały świat będzie się uczył na tym polskim przykładzie?

Myślę, że takie próby będą podejmowane. Bo wiadomo, że można tych pacjentów uratować.

Ale czy ten przypadek małego Adasia nie przesuwa jakoś granicy wiedzy medycznej? Do tej pory nikt sobie nie wyobrażał, że ktoś schłodzony do tak niskiej temperatury może przeżyć. Dzisiaj rozmawiałem z rodzicami i mówią, że dziecko się bawi, że ich poznaje, że przytula misia. Więc wygląda na to, że wraca do normalnego funkcjonowania. W tak krótkim czasie.

Niska temperatura, jeżeli chodzi o mózg, bardzo korzystnie działała. Oczywiście tutaj można mówić o granicy, do jakiego momentu ten mózg jest chroniony, a w którym momencie ten mózg jest uszkadzany. Dlatego tutaj była duża niepewność - udało się przywrócić temperaturę, serce biło, udało się odłączyć to krążenie pozaustrojowe, natomiast ciągle był niepewny stan mózgu. Nie ma innej oceny mózgu niż pełne wybudzenie i pełen kontakt z pacjentem. Dopiero to można ocenić. I dzisiaj już możemy powiedzieć, że wszystko się udało i jest świetnie. Oczywiście tutaj jeszcze musimy zwrócić uwagę, czy jakiś dodatkowych powikłań nie będzie w postaci zapalenia płuc czy odmrożeń. To są rzeczy niepewne. Ale żyje, dzieciak żyje.

I system zadziałał. I to jest najważniejsze.

Tak, świetnie. Gratuluję wszystkim kolegom, którzy brali w tym udział, bo to jest duża sprawa, duże wyzwanie i dzięki tej metodzie i zaangażowaniu różnych służb i nas lekarzy będzie można uratować wielu pacjentów.