Biuro Ochrony Rządu wiozło Jarosława Gowina limuzyną z uszkodzonym kołem blisko 100 kilometrów - podała "Rzeczpospolita". Do incydentu doszło, gdy wicepremier wracał ze skoków narciarskich w Zakopanem. Sam wicepremier twierdzi, że zdarzenie wyglądało zupełnie inaczej i wszystko odbyło się zgodnie z procedurami.

Jarosław Gowin /PAP/Radek Pietruszka /PAP

"W drodze powrotnej do Warszawy, tuż za rogatkami miasta, samochód BOR, którym podróżował Gowin, najechał na kamień. Doszło do uszkodzenia opony. Informacja o nagłym spadku ciśnienia wyświetliła się kierowcy na desce rozdzielczej. Mimo to auto nie zatrzymało się. Dojechało do Krakowa, gdzie wicepremier przesiadł się do innego samochodu z kolumny prezydenta i nim dojechał do Warszawy" - relacjonuje "Rzeczpospolita". Jak dodaje, przebita opona, na której z Gowinem przejechano blisko 100 km nie nadaje się już do naprawy.

Informatorzy dziennika - m.in. jeden z byłych szefów BOR-u twierdzą, że w tej sytuacji podróż powinna zostać przerwana do czasu pojawienia się na miejscu auta zastępczego.  "W zależności od sytuacji VIP przesiadał się do innego auta, nawet policyjnego, który pilotował kolumnę pojazdów uprzywilejowanych. Tutaj też tak należało zrobić. W aucie z oponą "na flaku" zostaje kierowca i czeka na lawetę" - mówi rozmówca "Rzeczpospolitej". 

Do całej sprawy odniósł się na Twitterze wicepremier Gowin. Zarzuty wobec BOR chybione.Pełny profesjonalizm oficerów - napisał. Doszło do tego nie za Zakopanem, ale za Krakowem. Kierowca natychmiast skontaktował się z przełożonymi, którzy nakazali mu zjechać na najbliższej stacji benzynowej - tak się stało. Wszystko było w zgodzie z procedurami. Byłem całkowicie bezpieczny - wyjaśnił później wicepremier. 

Cały artykuł o podróży Jarosława Gowina można przeczytać na stronie "Rzeczpospolitej". 

(mn)