"Zaakceptowanie tego, że nie będę mógł chodzić, zajęło mi dwa miesiące. Są jednak dni, kiedy nie jest dobrze" - powiedział Darcy Ward. Żużlowiec, po feralnym upadku, miał złamany kręgosłup i przerwany rdzeń kręgowy.

Darcy Ward /Tytus Żmijewski /PAP

Ward upadł na tor w ostatnim ligowym występie SPAR Falubazu Zielona Góra z GKM-em Grudziądz. Był to w dodatku ostatni bieg meczu, w którym zielonogórzanie mieli już pewne zwycięstwo. Australijczyk złamał kręgosłup i doznał przerwania rdzenia w odcinku szyjnym. Pamiętam sam wypadek, ale niewiele poza nim. Jedynie wycinek, sam moment uderzenia w koło Artioma Łaguty. Niewiele czułem, właściwie tylko ból w ręce, od razu wiedziałem, że jest złamana - zdradził Ward w długiej rozmowie z angielskimi mediami.

Zawodnik przyznał, że długo zajęło mu przyzwyczajenie się do poruszania na wózku inwalidzkim. Pogodził się z tym, ale wciąż trudno przejść mu nad tym stanem rzeczy do porządku dziennego. Zaakceptowanie wózka i paraliżu zajęło mi dwa miesiące. Mogę powiedzieć, że pogodziłem się z tym, ale są dni, kiedy nie jest dobrze. Najgorsze jest to, że nieważne ile miałbym pieniędzy, nie mogę z tym nic zrobić. Myślę, że już nigdy nie obudzę się rano i nie pomyślę: dobra, czas zacząć dzień - powiedział Australijczyk.

Ward przebywa w Anglii ze swoją dziewczyną Lizzie, która udziela mu ogromnego wsparcia. Sam żużlowiec zastanawia się czasem, czy podpisanie kontraktu ze SPAR Falubazem było dobrą drogą. Narobiłem sobie wielu wrogów w Toruniu, miałem wypadek. Ale co mogłem zrobić inaczej? Nie sądzę, bym dokonał złego wyboru. To, co się wydarzyło, widocznie było mi pisane - stwierdził.

Ward jeszcze przez kilkanaście dni ma przebywać w Anglii, gdzie codziennie przechodzi wielogodzinną rehabilitację. Na początku grudnia przeniesie się do Australii, gdzie jest teraz zdecydowanie cieplej, co też ma mu pomóc w leczeniu.

(mal)