Czy polskiemu Bałtykowi grozi nagła katastrofa ekologiczna? Największe i najdroższe w historii badanie powojennych wraków oraz broni chemicznej przyniosło zaskakujące wnioski. Eksperci, którzy przez lata drżeli przed czarnym scenariuszem, wreszcie mogą odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że natura na dnie morza zaczęła radzić sobie z problemem sama.
- Największe badania dna Bałtyku za niemal 150 mln zł wykazały, że wraki i broń chemiczna nie stanowią obecnie dużego zagrożenia ekologicznego.
- Zbiorniki paliwa na wraku "Franken" są głównie puste, a potencjalne wycieki nie spowodują katastrofy ekologicznej.
- Naturalne procesy rozkładu na wraku "Stuttgart" pomagają eliminować skażenia paliwem ciężkim sprzed lat.
- Obecność amunicji i broni chemicznej jest monitorowana, a sytuacja ulega stabilizacji dzięki naturalnej remediacji.
- Więcej najnowszych i najważniejszych informacji z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl
Zrealizowany projekt, którego całkowity koszt wyniósł niemal 150 milionów złotych, objął największe w historii polskiego Bałtyku badanie wraków statków, amunicji oraz broni chemicznej. W ramach przedsięwzięcia eksperci skupili się na czterech strategicznych lokalizacjach: wraku tankowca "Franken", wraku "Stuttgart", Głębi Gdańskiej oraz Rynnie Słupskiej. W badaniach wykorzystano zarówno zaawansowane metody hydrograficzne, jak i specjalistyczne analizy chemiczne gruntu i wody.
Za realizację projektu odpowiadały wyspecjalizowane zespoły naukowe i technologiczne. Badania w rejonie wraku "Franken", Głębi Gdańskiej i Rynny Słupskiej prowadziło konsorcjum Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, Akademii Marynarki Wojennej oraz firmy Mewo S.A. Za analizę wraku "Stuttgart" odpowiadała Grupa GeoFusion Sp. z o.o.
Projekt przyniósł długo wyczekiwane odpowiedzi na pytania dotyczące potencjalnych zagrożeń, jakie mogą powodować powojenne wraki i zalegająca na dnie Bałtyku broń chemiczna. Katastroficzne wizje się nie sprawdziły - podsumował Jan Młotkowski, zastępca dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni. Ekspert podkreśla, że choć lokalne zanieczyszczenia są obecne, nie ma podstaw do obaw o szeroko zakrojone katastrofy ekologiczne.
Jak wyjaśnia Młotkowski, zbiorniki paliwa na wraku "Franken" są w większości puste, a te, w których może znajdować się jeszcze niewielka ilość substancji, położone są poniżej poziomu dna morskiego. Nawet w przypadku rozszczelnienia nie dojdzie do powstania rozległej plamy oleju na powierzchni morza.
Te zbiorniki są na dzisiaj tak usytuowane, że nie ma też takiego ryzyka - zaznacza ekspert w rozmowie z reporterem RMF FM Stanisławem Pawłowskim.
Sytuacja na innych badanych wrakach, takich jak "Stuttgart", również nie budzi niepokoju. Pozostałości po tym statku, znajdujące się w pobliżu portu Gdynia, obejmują głównie skażenie dna paliwem ciężkim, które zostało uwolnione jeszcze w latach 60. XX wieku podczas demontażu wraku. Obecnie, jak wskazują badania, środowisko morskie stopniowo radzi sobie z tym problemem dzięki naturalnym procesom utleniania i aktywności bakterii rozkładających związki ropopochodne.
Profesor Krzysztof Czaplewski z Instytutu Morskiego Uniwersytetu Morskiego w Gdyni podkreśla, że "natura zaczyna po prostu pracować". Proces samooczyszczania może potrwać nawet kilkaset lat, jednak obecnie nie obserwuje się gwałtownych zjawisk, które mogłyby zagrozić środowisku na większą skalę.
W rejonie Rynny Słupskiej oraz Głębi Gdańskiej analizy potwierdziły obecność pozostałości amunicji i broni chemicznej, w tym pochodnych iperytu i innych gazów bojowych z czasów II wojny światowej. Eksperci uspokajają jednak, że obecna sytuacja jest dalece inna niż przed kilkunastu laty, kiedy rybacy wyławiali z sieci beczki z niebezpiecznymi substancjami. Dziś tego typu incydenty praktycznie już się nie zdarzają, a większość zagrożeń została szczegółowo zlokalizowana i opisana.
To już nie jest ten etap. Tu widać ewidentnie, że natura zaczyna po prostu pracować - mówi prof. Czaplewski, wskazując na postępującą naturalną remediację i stabilizację sytuacji na dnie Bałtyku.
Efektem końcowym projektu jest opracowanie "Planu neutralizacji zagrożeń" - szczegółowego dokumentu analitycznego, który zawiera ocenę ryzyka oraz rekomendacje dotyczące dalszego postępowania z materiałami niebezpiecznymi. Dokument ten będzie stanowił podstawę do systemowego monitorowania oraz zarządzania zagrożeniami na polskich wodach Bałtyku przez kolejne dekady.
Eksperci podkreślają, że kluczowym wyzwaniem na najbliższe lata będzie regularny, systemowy monitoring środowiska, pozwalający na bieżącą ocenę sytuacji i szybkie reagowanie w razie wystąpienia nowych zagrożeń. To nie mogą być działania ad hoc, które są podejmowane od projektu do projektu, ale musi być pewna kontynuacja - tłumaczy Jan Młotkowski.
Zgromadzone dane stanowią ogromną wartość nie tylko dla administracji morskiej, ale także dla instytucji naukowych oraz wszystkich podmiotów zajmujących się ochroną środowiska. To jest ogromny materiał, który może być wykorzystany - podkreśla Młotkowski.
Podsumowując, najnowsze badania przyniosły uspokajające wnioski. Choć Morze Bałtyckie boryka się z wieloma problemami, takimi jak eutrofizacja czy zanieczyszczenie związane z działalnością gospodarczą, pozostałości po II wojnie światowej nie stanowią obecnie kluczowego zagrożenia ekologicznego. Te pozostałości drugiej wojny światowej, których się tak bardzo obawialiśmy, można by plasować gdzieś na kolejnych, dalszych miejscach jako pewien problem, natomiast nie pośród tych kluczowych - podsumowuje Jan Młotkowski.
Realizacja projektu stanowi przełom w zarządzaniu bezpieczeństwem środowiska morskiego w Polsce i jest ważnym krokiem do zapewnienia długoterminowej ochrony Bałtyku.


