Wielki pożar, który w 1976 roku strawił zabytkowy i okazały gmach Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie, przez dekady był owiany tajemnicą. Dopiero dokumenty z Instytutu Pamięci Narodowej, do których dotarła Polska Agencja Prasowa, rzucają nowe światło na kulisy tego wydarzenia.

  • Pożar Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie w 1976 roku był jednym z największych w powojennych dziejach miasta.
  • Pożar przez dekady owiany był tajemnicą, dopiero ujawnione przez PAP akta IPN wskazują na jego przyczynę.
  • Więcej ważnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.

Do pożaru monumentalnego, XIX-wiecznego gmachu Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie doszło dokładnie o godz. 8:30 w niedzielę 25 stycznia 1976 roku. Budynek, zaprojektowany przez cenionego architekta Zygmunta Gorgolewskiego, był jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów w mieście.

Choć ten pożar na zawsze odmienił wygląd centrum Olsztyna, opinia publiczna nigdy oficjalnie nie poznała jego przyczyn ani wysokości strat. Te - według akt z Instytutu Pamięci Narodowej, do których dotarła Polska Agencja Prasowa - wyniosły blisko 1,5 mln zł (przy czym ówczesna średnia pensja wynosiła 4,2 tys. zł).

Milicyjne śledztwo i cenzura

Tuż po pożarze w milicyjnym raporcie, obecnie przechowywanym w IPN w Białymstoku, odnotowano: "Pożar sądu nie wywołał w społeczeństwie Olsztyna nastrojów zaniepokojenia. Zanotowano pojedyncze wypowiedzi, iż pożar był wynikiem celowego działania m.in. z uwagi na to, że w gmachu znajdowały się materiały Komisji do Spraw Badania Zbrodni Hitlerowskich".

Przyczyny pożaru i wysokość strat nigdy nie zostały oficjalnie ujawnione. To, że sąd się spalił, wielu osobom było na rękę. Wielu tego gmachu nie lubiło. Jedni za to, że był zbyt poniemiecki, okazały, z czerwonej cegły. Jak się spalił, można było się tej poniemieckiej budowli pozbyć. Inni nie lubili sądu za to, że w jego podziemiach była katownia UB. Mój ojciec, AK-owiec, był tam przesłuchiwany. Jak zacząłem pracować w sądzie, to on nigdy do tego budynku nie wszedł. Nigdy. Zawsze mi przez woźnego kartki posyłał - wspomina w rozmowie z PAP ówczesny sędzia Józef Lubieniecki.

Podkreśla, że o pożarze dowiedział się pocztą pantoflową, a pytania o przyczyny tragedii nie były mile widzianeNikt nie dopytywał, co się stało, bo i tak byśmy prawdy nie poznali. A pytanie o to nie było dobrze widziane. Gazety o tym nie pisały, bo zamiast dziennikarzy śledczych była cenzura - mówi.

Dramatyczna akcja gaśnicza i chaos organizacyjny

Sama akcja gaszenia okazałego gmachu sądu przebiegała bardzo dramatycznie. "Tysiące przechodniów obserwowało strażaków sprawnie montujących węże gumowe, a następnie ich bezsilność" - pisała "Gazeta Olsztyńska", która nie opublikowała nawet zdjęcia pożaru. Bezsilność wynikała z niskiego ciśnienia w hydrantach i zamkniętego głównego zaworu wody.

Na miejscu pojawiły się lokalne władze, co - jak wspomina po latach w branżowej książce "Ochotnicze straże pożarne na Warmii i Mazurach" strażak Stanisław Mikulak - wprowadziło chaos organizacyjny:

"Władza, głównie prokurator Poznysz, daje mi polecenie wycofania z tego piętra wszystkich ludzi. Polecenie to (...) wykonujemy tylko częściowo, zmuszając do opuszczenia piętra pracowników sądu i strażaków przeprowadzających ewakuację dokumentów. Pozostawiamy natomiast obsadę stanowisk gaśniczych, gaszących powstające przepalenia stropu - ryzykujemy za zgodą naszych podwładnych".

Ustalenia śledztwa

Gdy pożar ugaszono, ruszyło śledztwo. Z akt w IPN wynika, że dokonano w nim 4 oględziny pogorzeliska, wykonano 6 ekspertyz sądowych, powołano 4 biegłych i przesłuchano 36 świadków. Ustalenia śledztwa wskazały na tak wiele nieprawidłowości w działaniu ówczesnego Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie, że prokurator zdecydował o... umorzeniu sprawy.

Śledztwo wykazało np., że na poddaszu urządzono pokoje gościnne, w których nocowały przypadkowe osoby, korzystając z prowizorycznej instalacji elektrycznej. "Dozorcy gmachu zezwalali osobom obcym na wchodzenie do budynku po godzinach pracy nie rejestrując faktu, ani celu przybycia" - napisali milicjanci.

Lokatorzy dogrzewali się grzałkami i farelkami, przeciążając instalację. Konserwator sądu ostrzegał przed niebezpieczeństwem, ale zrezygnował z pracy, gdy jego apele nie przynosiły skutku. Ekspertyzy wykazały, że iskra z nieosłoniętej puszki rozgałęźnikowej zapaliła lniane pakuły i gazety, a następnie drewniane belki.

Skutki pożaru i odbudowa

Pożar całkowicie zniszczył dach i strop nad największą salą. Odbudowa sądu trwała dwa lata, jednak nowy budynek nie przypominał już dawnej, okazałej siedziby. W 2016 roku przeprowadzono remont, ale gmach nie odzyskał historycznego charakteru.