W Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie w sobotni poranek mierzono się z pułapkami językowymi IX Dyktanda Krakowskiego. To wyjątkowe wydarzenie od lat gromadzi mieszkańców stolicy Małopolski i nie tylko. Długopis do ręki wziął m.in. rozentuzjazmowany krakowski pieśniarz Grzegorz Turnau. Dyktando odbyło się w dwóch kategoriach: Junior i Open. Nazwiska laureatów będę znane po południu, natomiast my mamy dla Was tekst dyktanda. Kto zmierzy się z tym ortograficznym wyzwaniem?
- Bądź na bieżąco. Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl.
Pasjonaci ortografii, miłośnicy języka polskiego, a także wszyscy ci, którzy lubią sprawdzać swoje umiejętności językowe, zgromadzili się dzisiaj na IX Dyktandzie Krakowskim w Auditorium Maximum UJ przy ul. Krupniczej 33 w Krakowie. Na miejscu był reporter RMF FM Paweł Konieczny, który obserwował zmagania uczestników, a także rozmawiał z jednym z nich. Od lat wspieramy to wydarzenie i promujemy zasady poprawnej polszczyzny.
Oczywiście się myliłem, ale ogólnie rzecz biorąc raczej chyba byłem w porządku. Myślę, że to taka gra, zabawa, miły sprawdzian - powiedział RMF FM krakowski artysta Grzegorz Turnau.
Poniżej znajdziecie tekst IX Dyktanda Krakowskiego - dla obu kategorii - którego autorką jest dr hab. Mirosława Mycawka, prof. UJ, która zarządza Katedrą Współczesnego Języka Polskiego UJ. Jak mówiła z uśmiechem pani profesor w rozmowie z RMF FM, w tekście nie mogło zabraknąć typowo krakowskich zwrotów, takich jak "chodźżeż" czy "ruszżeż się".
"Żegnaj, marzanno!"
Gdy mróz na Świętego [św.] Marcina, będzie tęga zima – tak brzmi stare porzekadło. Mimo że w imieniny Marcina było ciepło, zima okazała się nie lżejsza, ale sroższa od poprzednich i wszystkim się uprzykrzyła. Uważnie śledziliśmy na lekcjach przyrody przelot bociana Krutka, który z wszczepionym GPS-em przemierzał trasę z Egiptu do Polski. Po drodze zahaczył o terytoria Syrii, Turcji i Rumunii. Nieopodal Ostrowi Mazowieckiej zrobił sobie postój. Strażnicy Mazurskiego Parku Krajobrazowego skrócili trud jego podróży. Zorganizowali mu podwózkę i pobyt all-inclusive w Krutyni. Tak się z tego ucieszyliśmy, że postanowiliśmy poszukać oznak wiosny także w Ojcowskim Parku Narodowym. Nasamprzód grupka uczniów pomyliła ścieżkę i zaskoczyła watahę dzików podczas buchtowania. Chojrak Hubert chciał sobie zrobić selfie z warchlakami, ale gdy locha chrumknęła i przypuściła szarżę, tak się przeraził, że chybcikiem pobiegł do najbliższej skały. Wspiął się chyżo na ścianę i bez wahania chwycił zmurszały hak.
Skruszona skała zaprószyła mu oczy, a spod nóg usunęła się skalna podpórka. Chłopak zachybotał i spadł na kępę jeżyny. Wychynął z tych burzanów upstrzony kolcami jak jeż. Tymczasem koleżanki Mai, hałaśliwie się przekomarzając, wparowały do Groty Łokietka. Znienacka w ciemnoszarej szczelinie zauważyły jakiś ruch. Narobiły wrzasku, zakłócając spokój hibernującym tam nietoperzom z gatunku podkowców. By okiełznać harmider, pani zapytała, jakie znamy zwierzęta i rośliny zwiastujące wiosnę. Wśród ptaków prócz bociana wymieniliśmy: jaskółkę, jerzyka, pójdźkę, żurawia, pustułkę i dzierzbę. Jerzy zahuczał, udając puchacza, a my podaliśmy nazwy roślin, takie jak: śnieżyczka, żonkil, zarzyczka, przebiśnieg i hiacynt. Na koniec utopiliśmy marzannę w Prądniku, zrobiliśmy wspólne zdjęcie z Maczugą Herkulesa w tle i czując w sobie hart ducha, wróciliśmy do Krakowa.
"Genius loci albo fatalne zauroczenie"
W nauce byłem nienajlepszy i nie najbardziej zaangażowany. Tworzyłem haiku, pochłaniałem powieści Joyce’a i Josepha Conrada, grywałem w squasha i żyłem mrzonkami o studiach w Krakowie, zażerając się to chałwą, to halawą, to crème brûlée. Ojciec, zażywny, acz zrzędliwy Pułtuszczanin, wnuk pół-Tuareżki, pół-Abchazki, jako że był pułkownikiem po Wacie, stosował zimny chów i hartował ochoczo mój arcychimeryczny charakter, bym zanadto nie zhardział i nie schamiał. Gdy został attaché, hasał chwacko po świecie. W Compiègne złożył hołd Ferdinandowi Fochowi, a potem hulaj dusza! Słał selfie z wysp Cuszima, przylądka Almadi, Cieśniny Hudsona, pustyni Kara-kum i czort wie skąd jeszcze! À propos czorta…, a zresztą posłuchajcie.
Zaczęło się od błahego challenge’u. Rzekłem sobie: - Cóż szkodzi aplikować na polonistykę, a nuż, widelec się uda. I zdarzył się cud, a po nim wybuch euforii. Skądżeż miałem wiedzieć, że pewna hoża hurysa już rozlała olej na Placu Matejki? Pożegnałem się z chrapliwie rzężącym beagle’em i rzęchowatym, wolnobieżnym Hyundaiem ruszyłem na podbój neohumanistyki.
Gnałem na pierwszy scs., gdy znienacka tuż pod Collegium Novum wychynął zza węgła jakiś hipster à la matejkowski Wernyhora. W rozchełstanej quasiczamarze i krakusce na sczochranej czuprynie wyglądał jak żywe dziedzictwo kultury. – Dokądżeż to pędzisz, bajoku? – spytał mnie ów ultra-Krakowiak, wymachując zszarzałym szalikiem Cracovii. – Studia to nie chyży chart, nie uciekną. Chodźżeż ze mną, poczujesz tętno miasta. – I podśpiewując „Gaudeamus igitur”, zaczął mnie włóczyć po drink-barach, fast foodach, jazz clubach – od Vis-à-vis przez Hawełkę do Klubu pod Jaszczurami. Nie dał się odwieść od rundki po muzeach: MOCAK-u, MuFo i Mangdze. Z Melpomeną też weszliśmy w zażyłość. W drodze do teatrów Variété i STU, nużąco ponaglał: - Ruszżeż się, chacharze, katharsis samo się nie przeżyje.
Półtrzecia tygodnia przed sesją nasze chilloutowe joint venture z nagła się rozpadło, a mój druh sczezł jak kamfora. Przytłoczony hałdą nieprzeczytanych lektur czułem się jak zhańbiony grzesznik wyjęty wprost z „Boskiej komedii” Dantego Alighieri. Przełączyłem się w tryb last minute: czytanie na wyrywki, hektolitry Tchibo i Coca-Coli oraz survivalowa [surwiwalowa] ekspres-dieta: popcorn, miks orzeszków koli i pinii oraz Lay’sy, których okruszki przyprószały efekt twórczy Rabelais’go i Boccaccia. Na próżno – miszmasz w mojej głowie osiągnął stan klęski żywiołowej.
Pod Kościołem Mariackim wsiadłem z głupia frant do dorożki i nagle - eureka! [heureka!] A co by było, gdybym zawarł faustowski pakt z Mefistem? Jeszczem [Jeszcze-m] tej myśli nie skończył, gdy krępe półhucuły, pełne energii dzięki krzepiącej rzodkwi z Korzkwi i niezeprzałej samopszy z Rozprzy, stanęły dęba i w diabelskim szale poniosły powóz w stronę ulicy [ul.] Floriańskiej. Pod Pomnikiem Grunwaldzkim jedna z podków wpadła w poślizg, koń zachybotał, zahaczył chomątem o hydrant. Strumień wody wystrzelił wraz ze mną wzwyż. Omalże zderzyłem się z Kometą Enckego, a gdy spojrzałem w dół, dostrzegłem świeżo stężały śryż na jeziorze Świerzno, płochacze halne pod Hawraniem i brzuch strongmana, który, o dziwo [o dziwo!], chlubnie chudnie w schludnym Hłudnie. Finał? Ból, gips i „kampania wrześniowa”.


