Animacje rodem z „Call of Duty”, wybuchy w rytm „Macareny” i cytaty z „Bravehearta” – tak wygląda oficjalny przekaz administracji Donalda Trumpa o wojnie w Iranie. Od pierwszych chwil ataków USA i Izraela na Iran świat obserwuje nie tylko realne działania militarne, ale i zupełnie nową, zaskakującą strategię komunikacyjną Białego Domu. „Wojna to nie p*******a gra wideo” – komentuje senatorka Partii Demokratycznej Tammy Duckworth, weteranka US Army, która straciła obie nogi w wojnie w Iraku.

  • Biały Dom udostępnia oficjalne materiały z działań wojskowych w Iranie, wykorzystując animacje i fragmenty gier oraz filmów, takich jak "Call of Duty", "GTA" czy "Macarena".
  • Ta nietypowa forma przekazu ma na celu zainteresowanie i wzbudzenie entuzjazmu szczególnie wśród młodych wyborców Donalda Trumpa.
  • Nie wszyscy jednak popierają takie podejście - weterani wojskowi i politycy krytykują propagandowe materiały za brak szacunku dla ofiar i zbytnie upraszczanie wojny.
  • Co Biały Dom chce osiągnąć, stosując taki rodzaj komunikacji? O tym poniżej.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie główniej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

W sieci na oficjalnych kanałach Białego Domu pojawiły się nagrania dotyczące działań wojskowych w Iranie. Na jednym z nich animowana postać z kultowej gry "Call of Duty" wklepuje na tablecie kod wystrzału bomb. Chwilę później na ekranie - już przez kamery termowizyjnych dronów - widzimy prawdziwe bomby i rakiety spadające na irańskie cele. "Dzięki uprzejmości czerwono-biało-niebieskich" - głosi podpis pod materiałem, który błyskawicznie rozszedł się po mediach społecznościowych.

To tylko jeden z wielu przykładów niekonwencjonalnych materiałów, jakie pojawiły się w oficjalnych kanałach komunikacji amerykańskiej administracji od rozpoczęcia operacji "Epicka Furia".

W innych filmach sceny zniszczenia przeplatają się z fragmentami kreskówki "Spongebob Kanciastoporty", gry "Grand Theft Auto" czy hollywoodzkich hitów. "Sprawiedliwość po amerykańsku" - czytamy w jednym z wpisów, ilustrowanym wybuchami i scenami z "Bravehearta", "Breaking Bad", "Transformersów" oraz japońskiego anime. W innym klipie samoloty bombardujące Iran lecą w rytm "Macareny".

Nowa propaganda czy przekroczenie granic?

Takie podejście budzi skrajne emocje. Z jednej strony - podziw internautów, którzy doceniają kreatywność i "świeżość" przekazu. Z drugiej - oburzenie i niesmak komentatorów oraz weteranów wojennych. Jak ocenia profesor David Greenberg z Uniwersytetu Rutgers - strategia ta ma jasno określony cel. Wydaje się, że ma to na celu wzbudzenie entuzjazmu pewnej części ludności, głównie mężczyzn, a zwłaszcza młodszych mężczyzn, którzy lubią gry takie jak "Call of Duty" - skomentował.

Podkreślając dramatyczny, spektakularny wymiar wojny i amerykańską potęgę militarną, administracja być może zdoła wzbudzić entuzjazm dla swoich działań - dodał.

Podkreślając spektakularny wymiar wojny i amerykańską potęgę militarną, Biały Dom stara się zyskać poparcie wśród najmłodszych wyborców prezydenta. Sam Donald Trump nie kryje dumy z sukcesów armii. Podczas spotkania z szefami firm technologicznych przestrzegł jednego z mówców, by mówił krótko, bo "musi wrócić i popatrzeć na wojnę".

W nową strategię wpisuje się także bombastyczna, triumfalna retoryka przedstawicieli administracji, zwłaszcza sekretarza wojny Pete’a Hegsetha. To nigdy nie miała być uczciwa walka i nie jest uczciwa. Bijemy ich, gdy leżą, i tak właśnie powinno być - powiedział podczas pierwszej konferencji prasowej po rozpoczęciu wojny. W tym samym wystąpieniu ogłosił, że USA "kończą z politycznie poprawnymi wojnami" i porównał sytuację Irańczyków do drużyny futbolowej, która nie jest w stanie zaplanować kolejnych zagrań.

Szef Pentagonu w każdym wystąpieniu podkreśla, że działania sił USA są "zabójcze", "bezlitosne", "bezwzględne", "siejące śmierć i zniszczenie".

"Wojna to nie p*******a gra wideo"

Nie wszystkim jednak podoba się takie podejście. "Wojna to nie p*******a gra wideo. Sześciu Amerykanów nie żyje, a życie tysięcy innych jest narażone przez waszą nielegalną, nieuzasadnioną wojnę" - skomentowała jeden z filmików senatorka Partii Demokratycznej Tammy Duckworth, weteranka US Army, która straciła obie nogi w Iraku.

Inny weteran, Henry Bolton, były szef brytyjskiego UK Independence Party, przyznał, że propagandowe filmy Białego Domu wywołują u niego dyskomfort. Kiedy spadły na ciebie fragmenty czyjejś głowy, gdy poczułeś smród palonego ciała, zobaczyłeś rozerwane i rozrzucone po ziemi zwłoki, (...) wtedy wiesz, że (wojna) nie jest jak gra komputerowa, hollywoodzki film ani opowieść o kibicowaniu drużynie piłkarskiej - podkreślił.

Magazyn "The Atlantic" nie pozostawia na Hegsethu suchej nitki. "Jak się wydaje, sekretarz obrony jest niezdolny do traktowania spraw życia i śmierci z choćby najmniejszą odrobiną szacunku czy pokory" - czytamy.

Ominięcie mediów i walka o morale

Biały Dom postrzega swoje podejście jako sposób na pominięcie tradycyjnych mediów. Tradycyjne media chcą, żebyśmy przepraszali za eksponowanie niesamowitego sukcesu armii Stanów Zjednoczonych, ale Biały Dom nadal będzie eksponował w czasie rzeczywistym liczne przykłady niszczenia irańskich pocisków balistycznych, zakładów produkcyjnych i marzeń o posiadaniu broni jądrowej - zapewniła wicerzeczniczka Białego Domu Anna Kelly.

Jonathon Narvey, specjalista od PR, podkreśla, że propaganda jest częścią każdej wojny. Tak było od czasów wynalezienia nowoczesnych mediów - zaznaczył. Jego zdaniem Biały Dom stara się też w ten sposób podtrzymać morale, bo - jak pokazały doświadczenia z Afganistanu i Wietnamu - o porażce Stanów Zjednoczonych decydowały nie tylko realia wojskowe, ale przede wszystkim nastroje społeczne.

Amerykanie nie chcą tej wojny

Sondaże pokazują jednak, że wojna z Iranem nie cieszy się poparciem większości Amerykanów. Według badania dla radia NPR, 56 proc. obywateli jest przeciwko działaniom zbrojnym, a 44 proc. je popiera.

Wojenny przekaz administracji wpisuje się w szerszą strategię medialną Białego Domu, która polega na porzuceniu dotychczasowych norm i bezpardonowych, często wulgarnych atakach. Za tym podejściem stoi dyrektor ds. komunikacji Steven Cheung, który - jak sam przyznał w wywiadzie dla "Vanity Fair" - jest "nieograniczony tradycyjnymi i przestarzałymi obyczajami politycznymi".