"Systemy wartości to jedyna znacząca kwestia, która różni Obamę i Romneya" - mówi w rozmowie z RMF FM dr Paweł Laidler, zastępca dyrektora Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. "Oczywiście możemy patrzeć na gospodarkę, na kwestie podatkowe, na kwestie interwencjonizmu państwowego. Natomiast kwestie wartości, czyli to, że ja zostaję prezydentem i popieram pewną legislację, albo wybieram do Sądu Najwyższego odpowiedniego sędziego, który może zrobić różnicę - to może zdecydować o tych wyborach. Nie religia, ale to, co z religii wynika, może mieć znaczenie" - dodaje.

Posłuchaj pierwszej części rozmowy

Tomasz Staniszewski: Dwóch kandydatów Republikanin Willard Mitt Romney i Demokrata Barack Obama. Pana zdaniem, kto jest w tej chwili faworytem w tym wyścigu?

Dr Paweł Laidler, zastępca dyrektora Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego: Jeżeli wziąć pod uwagę układ sił wynikających z badań opinii publicznej na tak zwanym szczeblu krajowym, to okazuje się, że jest remis, kandydaci są do siebie zbliżeni. Ale prawda jest taka, że trzeba by patrzeć raczej na mapę głosów elektorskich. Z jednej strony jest więcej Stanów, które popierają Mitta Romneya, które na pewno na niego zagłosują, ale ilość głosów elektorskich w tych Stanach jest mniejsza niż w tych, którzy zagłosują na Baracka Obamę. Jeżeli weźmiemy pod uwagę coś, co się na pewno nie zmieni i nie zmieni tego żaden kataklizm, Barack Obama zdobędzie grubo ponad 200 głosów elektorskich - automatycznie niejako, bo są stany, które przynajmniej na dzień dzisiejszy na pewno zagłosują na Demokratę. A stany, które zagłosują na Republikanina dają mniej więcej 170, 180 głosów elektorskich. Przewagę około 50 głosów elektorskich ma Obama. Wiemy, że walka toczy się o 270. Tak naprawdę nie jest przesadą to, co dzieje się i to, co widzimy, że wszyscy patrzą na Ohio, wszyscy patrzą na Florydę, Wirginię. Te trzy stany naprawdę w znamienny sposób będą miały w tym roku wpływ na przebieg wyborów. Prawdopodobnie to Ohio zdecyduje, bowiem Obama jest w takiej sytuacji, ze wystarczy wygrać w Ohio i niektóre mniejsze stany z tych "swing states", żeby zostać prezydentem. Romney, nawet jeżeli wygra Ohio, musi jeszcze wygrać Florydę i Wirginię i starać się o trochę głosów. Powiem tak: matematycznie te szanse w tej chwili większe widzę po stronie Obamy. Jest prezydentem, którego prawdopodobnie popiera większość Amerykanów, ale prawdopodobnie też nie wszyscy, którzy go popierają pójdą do wyborów. Frekwencja może zdecydować.

W Pana wypowiedzi pojawiło się słowo "kataklizm". Na ile to, co zdarzyło się w ostatnich dniach, czyli huragan Sandy, którego uderzenie boleśnie odczuło wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, na ile to zamieszanie wywołane huraganem może wpłynąć na wynik wyborów?

Trudno przewidzieć. Po pierwsze frekwencja. Jeżeli rzeczywiście mniejsza liczba ludzi pójdzie do wyborów, a jednak są to stany bardziej demokratyczne, no to może się okazać, że gdzieś tam większą przewagę może uzyskać Mitt Romney. W ogóle jest taka tendencja i nawet były prowadzone badania w Stanach Zjednoczonych na ten temat, żeby pokazać, ze pogoda ma znaczenie. Na przestrzeni historii okazywało się, że im lepsza była pogoda, tym wygrywali Demokraci. Jak była gorsza, wygrywali Republikanie. Dlatego jest takie powiedzenie w amerykańskiej polityce, że Republikanie modlą się o deszcz.


"Znaczenie może mieć nie religia, ale to, co z niej wynika"

Kwestie religii w tych wyborach - mamy Baracka Obamę, który jest chrześcijaninem, protestantem. Po drugiej stronie mamy Republikanina - Romneya, który jest mormonem. To nie jest duża społeczność - 6 milionowa w Stanach Zjednoczonych, ale podkreślmy - bogata, niemal z własnym stanem. Społeczność, za którą ciągnie się przeszłość związana z poligamią, kwestią właśnie wielożeństwa, które w prawie - oficjalnie - jest rozwiązane, ale tak naprawdę oni wciąż nie zerwali z wielożeństwem. Na ile kwestia religijna może się odbić w wyniku wyborów?

Paradoksalnie ta kwestia nie jest tak istotna w tym roku, w tych wyborach. Mówię paradoksalnie, bo przecież każde poprzednie wybory, może w 2008 roku mniej, ale te wybory z roku 2004 czy 2000, kiedy ogromną siłą napędową Republikanów byli neokonserwatyści, dla których kwestie religii były niezwykle istotne. To nie była tylko kwestia tego czy wierzysz i jak wierzysz, ale w jaki sposób zmienić prawo, by ten rozdział kościoła od państwa był mniejszy. To jest kwestia wartości, które się wyznaje. To jest kwestia stosunku do aborcji. Kara śmierci, małżeństwa homoseksualne - to są wszystko rzeczy, które może nie tyle determinują życie codzienne Amerykanów, bo jednak gospodarka jest ważniejsza. Ale te programy gospodarcze i tak ze względu na pewne mechanizmy nie będą mogły być wdrożone w zupełnie odmienny sposób, więc ja nie spodziewam się rewolucji, ktokolwiek wygra. Religia nie jest determinowana przez kościół, który za mną stoi. Religia jest determinowana przez tę większość, która - co do wartości - ma mnie poprzeć. W ogóle, gdybyśmy popatrzyli na Romneya i to, co on przeżywał w ostatnich miesiącach - był bardzo konserwatywny w prawyborach. Musiał, bo inaczej nie wygrałby, tych prawyborów, a w tej chwili jest niezwykle umiarkowany. Niezwykle. Nawet momentami słuchając debaty dotyczącej polityki zagranicznej nie wiadomo było, kto mówi, tylko było widać, ze to są inni pretendenci. W związku z tym religia - tak. Wydawałoby się, że jakiś czas temu gdybyśmy zadali to teoretyczne pytanie - czy jest możliwe, żeby mormon startował w wyborach - wiadomo startować może, ale czy ma szanse wygrać, jeszcze w wyborach powszechnych? Nie! Okazuje się, że to nie ma w tej chwili znaczenia. Okazało się, że ten mormon potrafi w największym stopniu skupić prawą stronę sceny politycznej.

 Tak, na tyle ewoluować w swoich poglądach, że elastycznie dopasowuje się do tej strony, która ma go poprzeć...

Dokładnie, natomiast patrząc na te wartości - jest to jedyna znacząca kwestia, która ich różni. Oczywiście możemy patrzeć na gospodarkę, na kwestie podatkowe, na kwestie interwencjonizmu państwowego, ale tak jak powiedziałem, to jest bardzo powiązane. Natomiast kwestie wartości, czyli to, że ja zostaję prezydentem i popieram pewną legislację, albo wybieram do Sądu Najwyższego odpowiedniego sędziego, który może zrobić różnicę i ta różnica wpłynie na codzienne życie obywateli amerykańskich - to już idziemy w miliony obywateli - to może zdecydować o tych wyborach. Dlatego nie religia, ale to, co z religii wynika, czy też, powiedzmy, z konserwatywnego i liberalnego podejścia do kwestii ideologicznych, społecznych, kulturowych może mieć znaczenie.

Kwestia koloru skóry, która była istotnym elementem starcia w 2008 roku - wygranej Baracka Obamy z Johnem McCainem, czy w tych wyborach ona znowu jest kwestią aktualną?

To będzie zawsze aktualna kwestia. Amerykańskie społeczeństwo jest absolutnym fenomenem. Nigdzie indziej mniejszości bez względu na historię nie mają prawa czuć się lepiej. Szybko następuje asymilacja, albo nawet nie ma asymilacji, ale jesteśmy w stanie żyć koło siebie, choć jesteśmy zupełnie różni. Z drugiej strony tak jak pan wspomniał: w 2008 roku rasowość miała wpływ. 97 procent Afroamerykanów, którzy poszli do wyborów, poparło Baracka Obamę. Natomiast trochę inny jest charakter tych wyborów. Czym innym jest być pierwszym prezydentem w historii i on to już osiągnął. A czymś innym jest teraz potwierdzenie tego, że wybór, którego dokonaliśmy, jest wyborem właściwym. Nie wszyscy, którzy zagłosowali na Obamę, pójdą do wyborów. Oni nie zagłosują na Romneya, ale możliwe, że nie pójdą do wyborów, bo są tacy - myślę, że nawet wśród Afroamerykanów, którzy mogą powiedzieć, że w jakimś stopniu Obama rozczarował. To znaczy więcej obiecywał niż był w stanie zrobić.

"4 lata temu media wygrały Obamie wybory"

Posłuchaj drugiej części rozmowy

Które elementy dla przeciętnego Amerykanina są najistotniejsze właśnie w tym rozdaniu?

 Na pewno program gospodarczy, który wiąże się w obydwu przypadkach z polityką podatkową. Nikt w kampanii wyborczej nie mówi o podnoszeniu podatków.

Dla każdego polityka to jest temat niezwykle niewygodny. Powiedzenie w kampanii wyborczej: "tak, podniosę wam podatki" - jest raczej strzałem w stopę.

Jest strzałem w stopę, aczkolwiek łatwiej mówić Obamie, że ewentualnie podniesie podatki tylko bogatym, kiedy tym bogatym właśnie jest Romney. Jest przedstawicielem tych bogatych, a jeszcze jak w kampanii wyborczej był klip, w którym Romney niezbyt pochlebnie wypowiadał się na temat tych biedniejszych...

No więc właśnie - czy zgodzi się Pan z opinią, że częściej atakowanym w tej kampanii wyborczej jest właśnie Mitt Romney?

Wynika to z dwóch kwestii. Ja nie mam wątpliwości, że już w 2008 roku media wygrały Obamie wybory. Większość mediów była za Barackiem Obamą i to mediów opiniotwórczych zarówno w Stanach Zjednoczonych i mediów zupełnie różnego rodzaju. Przeciętnie obywatel mniej czyta gazet, ale choćby przez internet śledzi to, co się dzieje. W tym roku tak samo możemy obserwować - i to jest dla mnie fenomen tych wyborów - nie tyle jak media są zaangażowane, że gwiazdki mało znane nagle czują w sobie potrzebę poparcia któregoś z kandydatów. Głównie jest to Obama w kontekście Hollywood i potem są całe dyskusje na ten temat. Zatem media na pewno są w stanie bardziej atakować Romneya, bo trzymają stronę Obamy. Ale z drugiej strony dawał przynajmniej 2, 3 miesiące temu więcej pretekstów do tego. i one oczywiście wpasowywały się w te elementy czarnego PR, który Obama prowadził. Poza tym, jeżeli o PR mowa: powiedzmy sobie szczerze - po Billu Clintonie, Barack Obama jest drugim najwybitniejszym specjalistą od public relations, więc on mniej błędów popełnia automatycznie. Natomiast to nie znaczy, że wszyscy Amerykanie chętnie to kupują.

To jest niezwykle wyrównana kampania wyborcza. Mieliśmy trzy debaty - bezpośrednie starcie Obamy i Mitta Romneya w Denver, Hampstead i Boca Raton. W tych trzech debatach 2:1 - moim zdaniem - dla Obamy, ale było też starcie wiceprezydentów. Paul Ryan kontra Joseph Biden i to ich starcie w Deanville spowodowało, że ten wyścig po raz kolejny stał się znowu wyścigiem wyrównanym. Bo to starcie z kolei wygrał republikański kandydat na wiceprezydenta.

2:1 tak, natomiast trzeba powiedzieć, że ten pierwszy gol strzelony przez Romneya był niezwykłej urody. Było 2:1 ze wskazaniem na remis, bo jednak Obama otrząsnął się w drugiej debacie. W trzeciej był skuteczniejszy. Ale tak naprawdę, ta trzecia debata pokazała, że oni są tak podobni, że de facto jednak większym szokiem dla wszystkich było to, jak w sprawach gospodarczych i jak atakujący potrafił być Romney w tej pierwszej debacie. Tu się zgadzam, 2:1 dla Obamy - choć remis byłby prawdziwszy. Natomiast w kontekście wiceprezydentów to jest niezwykle ciekawe. Proszę zobaczyć: dopiero od niedawna tak naprawę kandydatury na wiceprezydentów wzbudzają aż takie zainteresowanie, że jest debata, której wszyscy słuchają. Przecież wiceprezydent Stanów Zjednoczonych - z całym szacunkiem dla tej funkcji - oprócz tego, że w sytuacjach losowych może zastąpić głowę państwa i pełni rolę przewodniczącego Senatu i może być głosem decydujących w sytuacjach, jak jest remis w senacie 50/50, a kto wie, może w tym roku będzie, no to tak naprawdę jest dodatkiem do całości. Ale znamienne jest, kogo się wybiera. 4 lata temu McCain, który przegrywał kampanię wybrał Sarę Palin i przez tydzień odniósł wielki sukces. Kobiety przeniosły się na stronę McCaina. Palin była energiczna. Palln miała mnóstwo pomysłów. Palin była młoda i właśnie chodziło o to, żeby ten wizerunek McCaina zmienić. W tej chwili wybór Obamy był automatyczny, bo Biden w pierwszej kadencji sprawdził się jako wiceprezydent. to znaczy nie przeszkadzał, a wręcz wspierał. Natomiast w przypadku Ryana jest to niezwykle ciekawe, ponieważ wielu uważa, że to jest przyszłość amerykańskiego konserwatyzmu...

Dokładnie, że za chwilę to jest kandydat, który zostanie republikańskim mianowanym na prezydenta w kolejnych starciach.

 Jeżeli Romney by wygrał, no to oczywiście jest pytanie, co będzie za 4 lata. Romney, zapewne jak każdy prezydent, będzie walczył o reelekcję. Natomiast Ryan jest dosyć młody. To był ukłon trochę Romneya, w stronę tych wyborców trochę bardziej na prawo i myślę, że ta debata, o której Pan wspomina pokazała, że można być politykiem, który jest młody i który ma przed sobą przyszłość, ale który już w bardzo aktywny sposób zaznacza swoją obecność. Jest kontrowersyjny w swoich poglądach, ale jest wyrazisty. Jest na pewno bardziej wiarygodny niż jakikolwiek inny wiceprezydent w ostatnich latach, który był kandydatem.

Podkreślamy - przedterminowe wybory  wciąż trwają. Gdy rozmawiamy, tak naprawdę Amerykanie mogą głosować i to dotyczy większości amerykańskich stanów.

Dokładnie - to jest tak zwane "early voting", które jest ciekawe, bo nie wszędzie, a właściwie rzadko na świecie mamy do czynienia z taką sytuacją...

Przez Amerykanów wykorzystywaną w kampanii wyborczej, bo zarówno Barack Obama jak i jego żona Michelle Obama głosowali i robili to w świetle jupiterów.

Dokładnie, poza tym zobaczmy - trwa kampania i głosujemy, w związku z tym nie ma czegoś takiego jak cisza wyborcza. U nas jest to zupełnie inaczej skonstruowane. Bardzo ciekawa sytuacja jest związana z decyzją Sądu Najwyższego, który konfrontował kwestię tego, kogo dotyczyć ma to wczesne głosowanie na terenie stanu Ohio. Republikanie chcieli, żeby dotyczyło tylko weteranów wojennych. Obamie zależy mimo wszystko, żeby dotyczyło to szerszej grupy, bo głównie mniejszości głosują wcześniej. Tak przynajmniej statystycznie wynika z lat poprzednich. W związku z tym sąd podtrzymał to, ze wszyscy w Ohio mogą głosować wcześniej, a skoro to jest ten stan, który determinuje wynik wyborów, to kto wie - może w tej chwili w jakimś stopniu, te wybory się nie rozstrzygają. Choć dziś pewnie wszyscy myślą o Sandy, a nie o wyborach.

"Głosowanie może zakończyć się remisem"

Posłuchaj trzeciej części rozmowy

Z punktu widzenia Polski i Polaków, wybór którego z kandydatów byłby korzystniejszy?

Pytanie, co rozumiemy przez słowo korzystne. Mieliśmy debatę, w której tylko jeden z kandydatów wspomniał o Polsce. Było to narzędzie, które było użyte nie tyle nawet w kontekście tarczy antyrakietowej, do której nie wróci Romney, nawet gdyby wygrał. Chodziło o to, żeby pokazać, że Obama nie realizując pewnej wizji Busha - miał do tego prawo - jednak nic innego nie zaproponował w zamian. Pamiętamy, że Obama, kiedy tu przybył, mówił o przyjaźni, mówił o nowej wizji strategii dla Europy, której tak naprawdę nie ma na papierze. To nie jest sytuacja taka, że jest wizja i ona potrzebuje lat do implementacji. Obama nie ma wizji i to chciał Romney pokazać. Myślę, że różnica jest w retoryce i w tej chwili chyba chodzi o strefę wpływów. Nie sądzę, żeby stosunki transatlantyckie się pogorszyły w którejkolwiek sytuacji, albo tak polepszyły i również te nasze relacje, żeby to na cokolwiek wpłynęło. Myślę, że dla Romneya jest ważniejsze odwiedzić Polskę niż odwiedzić Afrykę z naturalnych względów.

Tak, to miało istotny wymiar w jego kampanii wyborczej. Najpierw mieliśmy trzy wizyty - w Londynie, Tel Awiwie i w Warszawie. Mieliśmy Mitta Romneya, który w kampanii wykorzystał zdjęcie, gdzie jest Lech Wałęsa i gdzie jest Jan Paweł II.

No może nie aż w tak drastyczny sposób czy tak bezpośredni, ale 4 lata temu Barack Obama tez podróżował po Europie, tylko jechał do Berlina, Paryża i Londynu...

I Mitt Romney teraz nie zaryzykował i podczas tej europejskiej wizyty, świadomy sukcesu wizyty 4 lata temu Obamy nie zdecydował się, żeby właśnie pokazać się w Berlinie.

Nie zdecydował się na Berlin, zdecydował się na Londyn i zaczął od krytyki olimpiady, co chyba nie było najlepszym pomysłem, bez względu na to czy miał słuszność czy nie, natomiast tu chodzi o symbolikę. Z drugiej strony jak patrzymy na to, bo też były takie badania opinii publicznej: "Na kogo zagłosowałby świat?". Większość państw na świecie, mimo wszystko wierzy w Obamę liderującego. Tego Obamę, który dostał nagrodę Nobla, no niejako na zapas...

Awansem...

Awansem, ale po to, by świat był światem bez wojny. Cały świat patrzy na Republikanów jako tych postbushowskich" polityków, którzy będą chcieli toczyć wojny. Ja myślę, że oni będą chcieli prowadzić bardzo podobną politykę zagraniczną względem Iranu, bo jak trzeba będzie rozpocząć konflikt, to rozpoczną go obydwoje. Apetyty rosną w miarę jedzenia. Po świetnym Obamie 4 lata temu spodziewaliśmy się tez wspaniałej kampanii. Ale jemu jest trudno zdyskontować sukces. Trudno jest mu wyliczać sukcesy z ostatnich 4 lat. Romneyowi jest łatwiej jako temu atakującemu się pojawić, natomiast ja osobiście uważam - abstrahując od tego, że trochę zmienił swoje poglądy dla potrzeb kampanii, że Romney jest generalnie zwycięzcą kampanii. W tym sensie, że ludzie myślą o nim jakby troszeczkę inaczej niż myśleli wcześniej. Niektórzy może gorzej, ale jest wielu takich, którzy mówią - "nie spodziewaliśmy się po nim, że oprócz tego samozadowolenia, które miał w sobie zawsze, potrafi to przełożyć na sukces w public relations".

Co będzie miało znaczenie w tych wyborach? Wspominał Pan już o tym, że media, które niejako kreowały Obamę. Nawet nie tyle jako przywódcę Stanów Zjednoczonych, ale właśnie jako takiego człowieka, który jest szansą dla świata. To była kampania Obamy czyli słynne "door to door". Jak wygląda to w tej chwili?

W tej chwili jedno, co możemy porównawczo ocenić względem ostatnich 4 lat czy tez wydarzeń sprzed 4 lat to są pieniądze.

Pieniądze, które w przypadku jakichkolwiek porównań z Polską są niewiarygodne. Mówimy o kampanii Baracka Obamy: to jest ponad 100 mln dolarów wydane latem na kampanię telewizyjną. Całe ostatnie wybory prezydenckie w Polsce 30 mln PLN. To są zsumowane wydatki obu sztabów Jarosława Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego. Kiedy Amerykanie przeliczają ile to jest 100 mln dolarów to wychodzi, że jest to roczna płaca 3500 przeciętnych Amerykanów...                                                                           

Więc u nas, gdyby były takie wydatki to myślę, że społeczeństwo wyszłoby na ulicę i pokazało, co sądzi o politykach, którzy walczą w państwie, którego na taką kampanię nie stać. Amerykę stać na ta kampanię z jednej strony. Pamiętajmy, że większość datków jest datkami prywatnymi. W związku z tym to nie jest tak, że kandydaci wykorzystują publiczne pieniądze. Ale rzeczywiście - szacuje się, że cała kampania od początku do końca Obamy i Romneya to mniej więcej będzie 10 mld dolarów! W poprzednich wyborach kilka miliardów mniej zebrał Obama, ale to też było rekordem. I proszę zauważyć, że w zeszłym roku Sąd Najwyższy podjął kontrowersyjną decyzję. Pozwolił prywatnym koncernom na sponsorowanie wyborów, co Obama bardzo skrytykował. Republikanom to jest na rękę, bo twierdzi się, ze koncerny, prywatny biznes bardziej ich popierają, ale przecież Obama też z tego czerpie. Czyli jesteśmy w systemie, który sam się produkuje. Jest ogromna ilość pieniędzy. Pan wspominał o kampanii "door to door" - od drzwi do drzwi. Myślę, że ta kampania jest wzorcowa w kontekście wszystkich narzędzi, jakie można użyć: Facebook, blog, Twitter w kontekście internetowym. Bezpośrednie kampanie, wiece, debaty...

W tych czasach kryzysowych, to faktycznie pieniądze przesądzą o tym, kto wygra to starcie o Biały Dom?

 Skoro obaj kandydaci podobną ilość pieniędzy wkładają w tę kampanię to wydaje się, że nie. 4 lata temu pieniądze miały niebagatelne znaczenie. McCain zebrał o wiele mniej pieniędzy i to było widać. Obamę stać było na pół godziny w prime time i siłą rzeczy, ktoś go lubi czy nie, ale ktoś go cały czas widzi w tej telewizji. Natomiast McCaina było mniej. W tej chwili mniej więcej ten czas antenowy jest podobny, w związku z tym wydaje się, że nie same media. Zobaczmy taką ciekawostkę - oczywiście "Washington Post", "New York Times" - co nie jest żadnym zaskoczeniem - poparły jednoznacznie Baracka Obamę, ale już "The Des Moines Register" w Iowa, który 4 lata temu poparł Obamę, teraz poparł Romneya. A więc są te, powiedzmy, centrystycznie nastawione media, które się zmieniają, fluktuują ich poglądy polityczne. W związku z tym Iowa może być jednym z decydujących stanów. Ja nie twierdzę, że gazeta ma mówić obywatelom, na kogo mają głosować, ale jeżeli takich gazet jest więcej, jeżeli takich źródeł, płynących z różnych stron jest więcej - przede wszystkim nagabujących, by ludzie poszli do wyborów - to może się okazać, że media jakoś tam pośrednio na to wpłyną. Jeżeli będzie bardzo mała różnica, to szczerze powiem, że każda z mądrych głów, która to będzie analizowała, będzie w mogła wymienić przynajmniej 10 czynników, które na to wpłyną. Jeżeli natomiast okaże się, że zdecydowanie wygrałby któryś kandydat, a jeżeli któryś - to tylko Obama może wygrać zdecydowanie, no to wówczas okaże się, że nie ma znaczenia, tak naprawdę to, co myślimy na płaszczyźnie krajowej, to jak liczy nas Gallup, ale znaczenie ma sztucznie wykreowany system. Zwycięzca bierze wszystko. Republikanie będą krytykować ten system, tak jak czynili to jakiś czas temu, aczkolwiek to Demokraci byli ostatnio poszkodowani.

Mitt Romney czy Barack Obama? - okaże się w środowy poranek. A może ta wojna potrwa trochę dłużej?

W 2000 roku czekaliśmy miesiąc. W końcu Sąd Najwyższy wziął sprawę w swoje ręce i nakazał zaprzestanie liczenia głosów, przez co akurat w tym momencie te głosy były na korzyść George'a W. Busha. Analizując te sprawy w kontekście prawnym mam wiele wątpliwości na temat tego, w jaki sposób ta decyzja została podjęta. 5 Republikańskich sędziów, czy takich, którzy mianowani byli przez Republikanów, opowiedziało się za Bushem, 4 za Gorem. Ale podejrzewam, że gdyby było odwrotnie, wygrałby Gore, w związku z tym polityka w prawie była wszechobecna. Jest oczywiście możliwe coś innego. Nie sądzę, żeby sąd chciał wchodzić znowu aż tak głęboko w politykę, ale może być remis. Może być 269:269 i wtedy będzie determinował Kongres. I wtedy będziemy czekać na decyzję, która prawdopodobnie będzie na korzyść Republikanów, bo prawdopodobnie oni utrzymają większość w Izbie Reprezentantów.

Tomasz Staniszewski, RMF FM