Rosja stanowczo odrzuca doniesienia o groźbach wobec Białorusi dotyczących wsparcia wojny w Ukrainie. Dzisiejszy komunikat Kremla jest odpowiedzią na informacje "The Wall Street Journal", które przekazało, że Moskwa liczy na to, iż Mińsk stanie się kluczowym sojusznikiem w eskalacji konfliktu. Oficjalne stanowiska Rosji i Białorusi solidnie różnią się od faktycznie prowadzonej polityki. Mińsk zapowiada, że to Zachód wywiera presję na Białorusinach, a Moskwa zapewnia, że kraj Alaksandra Łukaszenki pozostaje najważniejszym sojusznikiem Rosji. Tymczasem on sam właśnie poinformował, że spotkał się z "ludźmi Zełenskiego".
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Moskwa - według informacji "WSJ" - grozi Mińskowi odcięciem kluczowego wsparcia finansowego, jeśli Białoruś nie zgodzi się na idącą dalej współpracę wojskową. Większość rozmów prowadzona jest bezpośrednio między Łukaszenką a ambasadorem Rosji w Mińsku, Borysem Gryzłowem. Kreml stanowczo zaprzecza tym informacjom. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow określił je jako "niezgodne z rzeczywistością" i podkreślił, że Białoruś pozostaje "najbliższym sojusznikiem" Rosji.
Białoruś staje się coraz ważniejszym elementem w konfrontacji Moskwy z Zachodem. Według byłych i obecnych urzędników rosyjskich oraz europejskich, z którymi rozmawiał "WSJ", Rosja od początku roku prowadzi kampanię nacisków na Mińsk, by wykorzystać terytorium sąsiada do rozszerzenia działań wojennych przeciwko Ukrainie lub przeprowadzenia operacji przeciwko państwom NATO. Taka strategia może oznaczać ryzykowną eskalację konfliktu, zwłaszcza w sytuacji, gdy rosyjska armia ma trudności z postępami na wschodzie Ukrainy, a prezydent Władimir Putin mierzy się z malejącym poparciem w kraju. Oznaczałoby to de facto wciągnięcie postronnego (przynajmniej oficjalnie) kraju w pełnoskalową wojnę.
Choć Białoruś nie wysłała swoich żołnierzy na front, pozwoliła Rosji wykorzystać swoje terytorium jako bazę do inwazji na Ukrainę oraz zgodziła się na rozmieszczenie rosyjskiej taktycznej broni jądrowej. Mińsk regularnie prowadzi wspólne ćwiczenia wojskowe z Rosją i udostępnia jej swoje bazy. Rosja, mimo dominującej pozycji, jest uzależniona od białoruskich rafinerii, które przetwarzają rosyjską ropę i sprzedają paliwa z powrotem do Rosji. W ostatnich miesiącach, w związku z ukraińskimi atakami na rosyjskie rafinerie, znaczenie tego łańcucha dostaw znacząco wzrosło. Według źródeł Reutersa, w pierwszych pięciu miesiącach tego roku kolejowe dostawy benzyny z Białorusi do Rosji wzrosły niemal 13-krotnie, a oleju napędowego - trzykrotnie w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.
Na Białorusi zamontowano także systemy, umożliwiające rosyjskim zespołom dronowym prowadzenie zmasowanych ataków na Ukrainę. Wsparcie Mińska nie umknęło uwadze Kijowa. Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział w nieznoszącym sprzeciwu tonie, że jeśli Białoruś nie zaprzestanie udostępniania stacji przekaźnikowych, Ukraina uderzy w te cele.
Zełenski poinformował w środę, że białoruskie retransmitery zostały wyłączone. Sam stwierdził jednak, że nie wie, czy unieszkodliwiono je chwilowo, czy zostały całkowicie zdemontowane. "Najważniejsze, że nie działają" - podsumował. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że nie posiada wiedzy na ten temat.
Pieskow zapewnił, że "Białoruś nie bierze udziału" w operacjach wojskowych, ale Rosja będzie bronić sojusznika przed wszelkimi zagrożeniami, także ze strony Kijowa.
O tym, że Moskwa prowadzi zakulisowe działania, próbując wciągnąć Mińsk do wojny, wiedzą także na Zachodzie. Prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka ujawnił, że podczas niedawnej rozmowy telefonicznej prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegał go przed zwiększaniem zaangażowania w wojnę. Równolegle USA podjęły szereg politycznych (zniesienie części sankcji) i dyplomatycznych działań, by przekonać Białoruś do dystansowania się od Rosji. Częściowym sukcesem tych zabiegów było doprowadzenie do uwolnienia 500 więźniów politycznych na Białorusi.
Choć nie ma obecnie sygnałów, by Rosja planowała natychmiastowe użycie Białorusi do nowej ofensywy, taki scenariusz pozostaje realny. Według ekspertów, działania mogą mieć charakter niekonwencjonalny - np. testowanie obrony NATO lub próby osłabienia wsparcia dla Ukrainy. Przykładem może być incydent z ubiegłego lata, gdy 20 rosyjskich dronów wleciało z Białorusi w polską przestrzeń powietrzną, podkreślono w artykule "WSJ".
W tym kontekście, sprawa ultimatum Zełenskiego dla Łukaszenki i wyłączenia retransmiterów na Białorusi, wydaje się bardzo ciekawym przypadkiem, który może świadczyć o niesubordynacji władz w Mińsku wobec Moskwy. To może wynikać z kalkulacji politycznej Łukaszenki lub strachu przed konsekwencjami, które mogły nadejść z Ukrainy.
Tymczasem Aleksandr Łukaszenka podczas spotkania z gubernatorem obwodu moskiewskiego Andriejem Worobjowem powiedział, że niedawno w Mińsku gościł wysłanników Zełenskiego. Powiedziałem im wprost: "Przekażcie swojemu prezydentowi, że jeśli myśli, iż można z nami rozmawiać w taki sposób i próbować wciągnąć nas w wojnę, to musi zrozumieć, że jakość tej wojny natychmiast się zmieni. To będzie zupełnie inna wojna". Otrzymaliśmy odpowiedź: prezydent i jego otoczenie to rozumieją. Dlatego, panowie, dogadujmy się - relacjonował przywódca Białorusi, prawdopodobnie w odniesieniu do ultimatum Zełenskiego.
Dodał również: Nie trzeba krzyczeć, nie trzeba się unosić, nie trzeba próbować "bić w twarz", jak to się mówi po rosyjsku. Działajmy po ludzku. Łukaszenka podkreślił, że Białoruś nie może być wciągnięta w konflikt zbrojny.



