Ciało Lecha Kaczyńskiego zostało wstępnie zidentyfikowane przez oficerów Biura Ochrony Rządu dopiero po ponad ośmiu godzinach od katastrofy w Smoleńsku. Tak wynika z zeznań dwóch funkcjonariuszy BOR-u, do których dotarli dziennikarze śledczy RMF FM Roman Osica i Marek Balawajder.

Biuro Ochrony Rządu od początku nie planowało obecności swoich funkcjonariuszy na lotnisku w Smoleńsku 10 kwietnia. Co więcej, szef tej służby gen. Marian Janicki otrzymał precyzyjny raport od swoich podwładnych, że w dniu katastrofy na lotnisku Siewiernyj nie było żadnego BOR-owca... czytaj więcej

Oficer BOR-u zeznał, że około 17:30 czasu polskiego jeden z funkcjonariuszy oraz polski konsul poinformowali go, że odnaleziono ciało prezydenta. Przesłuchiwany oficer powiedział prokuratorom, że był w tym czasie na miejscu i jako pierwszy zidentyfikował ciało. Zrobił też zdjęcie. Inny funkcjonariusz, który również został poproszony o identyfikację, zeznał, że był prawie pewien, że widzi ciało prezydenta Kaczyńskiego. On również zrobił zdjęcie i przekazał Rosjanom, że to prawdopodobnie Lech Kaczyński, ale nie dał ostatecznego potwierdzenia. Jak zeznał, chodziło o to, by mieć kontrolę nad ciałem i sprawić, by Rosjanie nie zabrali go jako już w pełni zidentyfikowanego.

Funkcjonariusz zaznaczył również, że znalezione ciało nie posiadało ubrania.

Co ciekawe, funkcjonariusz zeznał także, że odebrał telefon od konsula, który przekazał mu polecenie od ministra obrony Bogdana Klicha, by przekonał Rosjan, aby nie zaczynali badania czarnych skrzynek bez udziału polskich służb. Dowódca rosyjski odpowiedział mu jednak, że Rosjanie mają swoje procedury, co mogło świadczyć o odmowie, więc przesłuchiwany funkcjonariusz zasugerował konsulowi, by sprawę załatwić na wyższym szczeblu.

Zwłoki ofiar zaczęto wynosić o godzinie 13

Całe miejsce katastrofy podzielono na 13 sektorów i już o godzinie 13 zaczęto wynosić pierwsze zwłoki. Układano je w specjalnie przygotowanym miejscu. Ciała wynosili strażacy, fotografowano twarze ofiar, pobierano odciski palców. Później opisywano i owijano zwłoki w folię.

Oficerowie BOR-u zeznali, że gdy przyjechali na miejsce, cały teren był już obstawiony przez żołnierzy, byli tam także lekarze i około 10 żołnierzy Specnazu.

Co ciekawe, tuż po katastrofie obecna na miejscu konsul Wioletta Sobierańska - jak twierdzi jeden z BOR-owców - nie miała aktualnej listy pasażerów. Dopiero po telefonie do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego naniosła poprawki na listę pasażerów z dnia wcześniejszego.

Dopiero po dłuższej chwili ustalono też, że na pokładzie powinno być 96 osób. Zaczęła się identyfikacja, którą prowadziło wstępnie trzech funkcjonariuszy BOR-u i dwóch pracowników konsulatu.

Jak podała "Rzeczpospolita" - 5 kwietnia do Moskwy poleciała trzyosobowa grupa przygotowawczo-realizacyjna. Miała sprawdzić miejsca, które planowali odwiedzić szef rządu i prezydent, oraz uczestniczyć w bezpośrednim zabezpieczeniu obu wizyt.

Szefem zespołu był Cezary K., dla którego była to pierwsza tego rodzaju misja zagraniczna. Przyznał to 27 kwietnia podczas przesłuchania w wojskowej prokuraturze badającej okoliczności katastrofy Tu-154M - podał dziennik.