W Waszyngtonie rozegrała się scena bez precedensu – prezydent Donald Trump zasiadł w pierwszym rzędzie Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, by osobiście śledzić kluczowe przesłuchania dotyczące jego kontrowersyjnego rozporządzenia ograniczającego prawo do obywatelstwa z urodzenia. Stawką są losy setek tysięcy dzieci i fundamentalne zasady amerykańskiej konstytucji. Czy Sąd Najwyższy pozwoli Trumpowi zmienić odwieczne rozumienie 14. poprawki?
- Donald Trump jako pierwszy urzędujący prezydent USA osobiście pojawił się przed Sądem Najwyższym.
- Rozprawa dotyczyła rozporządzenia Trumpa ograniczającego obywatelstwo z urodzenia.
- Rozporządzenie nakazuje nieprzyznawanie obywatelstwa dzieciom urodzonym w USA, jeśli ich rodzice nie są obywatelami ani legalnymi rezydentami.
- Sędziowie Sądu Najwyższego wykazywali sceptycyzm wobec argumentów rządu, pytając o historyczne podstawy i praktyczne aspekty wdrożenia takiej zmiany.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Donald Trump, ubrany w charakterystyczny czerwony krawat i ciemny garnitur, przybył do sądu w asyście kolumny samochodów z Białego Domu. Jego obecność nie była przypadkowa - to właśnie jego rozporządzenie dotyczące ograniczenia prawa do obywatelstwa z urodzenia stało się przedmiotem gorącej debaty sędziów najwyższej instancji.
Trump, jak podkreślają historycy, stał się pierwszym urzędującym prezydentem, który osobiście uczestniczył w ustnych przesłuchaniach przed Sądem Najwyższym. Towarzyszył mu m.in. sekretarz handlu Howard Lutnick. Prezydent opuścił salę niedługo po zakończeniu prezentacji argumentów przez prawnika reprezentującego jego administrację, ale jego obecność wywołała niemałe poruszenie zarówno wśród sędziów, jak i opinii publicznej.
Po opuszczeniu Sądu Najwyższego Trump zamieścił w swoim serwisie społecznościowym Truth Social wpis: "Jesteśmy jedynym krajem na świecie tak GŁUPIM, by pozwalać na obywatelstwo z urodzenia!". Jak zauważyła CNN, podobne przepisy obowiązują w ok. 30 innych krajach.
Sprawa dotyczy rozporządzenia Trumpa, które nakazuje amerykańskim urzędom nieuznawanie obywatelstwa dzieci urodzonych w USA, jeśli żaden z rodziców nie jest obywatelem lub legalnym rezydentem (posiadaczem tzw. "zielonej karty"). To radykalna zmiana wobec dotychczasowej interpretacji 14. poprawki do konstytucji, która od ponad 150 lat gwarantuje obywatelstwo każdemu dziecku urodzonemu na terytorium Stanów Zjednoczonych - z nielicznymi wyjątkami, jak dzieci dyplomatów czy członków sił okupacyjnych.
Nieograniczone prawo do obywatelstwa z urodzenia jest sprzeczne z praktyką przeważającej większości współczesnych narodów. Uwłacza bezcennemu i głębokiemu darowi, jakim jest obywatelstwo amerykańskie - podkreślił reprezentujący administrację Trumpa radca generalny D. John Sauer.
Według niego, obecne prawo działa jak magnes dla nielegalnej imigracji i nagradza tych, którzy łamią przepisy, kosztem tych, którzy starają się o pobyt legalnie.
Podczas ponadgodzinnej rozprawy sędziowie - zarówno konserwatywni, jak i liberalni - zadawali trudne pytania przedstawicielowi administracji, Johnowi Sauerowi. Szef Sądu Najwyższego, John Roberts, nie krył sceptycyzmu wobec argumentów rządu, które miałyby ograniczyć obywatelstwo na podstawie frazy "podlega jego jurysdykcji" z 14. poprawki (fraza ta oznacza, że osoba urodzona na terytorium USA podlega pełnej i bezpośredniej władzy prawnej Stanów Zjednoczonych - przyp. red.). Jak można rozszerzyć historyczne wyjątki na tak szeroką grupę osób? - pytał Roberts.
Administracja Trumpa argumentuje, że fraza ta powinna wykluczać dzieci osób przebywających w USA nielegalnie lub tymczasowo, np. studentów czy pracowników na wizach.
Sędzia Sonia Sotomayor przywoływała historyczne debaty z czasów uchwalania poprawki, podkreślając, że jej twórcy jasno opowiadali się za powszechnym prawem do obywatelstwa. Z kolei sędzia Elena Kagan zarzuciła administracji Trumpa opieranie się na "niejasnych źródłach historycznych", które nie mają odzwierciedlenia w tekście konstytucji.
Sędzia Amy Coney Barrett z kolei zwróciła uwagę na praktyczne trudności z ustaleniem, czy rodzice mają "intencję pozostania" w USA, co miałoby być kluczowe dla przyznania obywatelstwa ich dzieciom. Jak to rozstrzygać w praktyce? - pytała Barrett.
Przedstawicielka organizacji American Civil Liberties Union, Cecillia Wang, broniła obecnej interpretacji 14. poprawki. Każdy Amerykanin powie: "Każdy urodzony tutaj jest obywatelem" - podkreślała. Jej zdaniem zmiana tej zasady grozi chaosem prawnym i podważa fundamenty amerykańskiej demokracji.
Wang przypomniała, że Sąd Najwyższy już w 1898 roku w sprawie Wong Kim Ark orzekł, iż dzieci cudzoziemców urodzone w USA są obywatelami - nawet jeśli ich rodzice nie mają stałego pobytu.
Według szacunków, zmiana interpretacji 14. poprawki mogłaby dotknąć nawet 250 tysięcy dzieci rocznie, a miliony rodzin musiałyby udowadniać status obywatelski swoich nowo narodzonych dzieci. Sędzia Samuel Alito zauważył, że twórcy poprawki nie mogli przewidzieć współczesnych zjawisk, takich jak masowa nielegalna imigracja czy "turystyka porodowa".
Sprawa obywatelstwa stała się jednym z głównych punktów polityki Trumpa po jego powrocie do Białego Domu. Krytycy zarzucają mu dyskryminację rasową i religijną, zwolennicy - walkę o bezpieczeństwo i integralność państwa. Przed Sądem Najwyższym nie zabrakło manifestacji i transparentów, które pokazują, jak głęboko podzielone jest amerykańskie społeczeństwo.
Sąd Najwyższy większością 6:3 ma wydać wyrok do końca czerwca.


