Ratownicy ani o krok nie zbliżyli się do podjęcia decyzji co do tego, kiedy i jak wydostać z jaskini 12 chłopców, którzy wraz ze swoim trenerem piłki nożnej utknęli w Tham Luang po tym, jak została zalana przez deszcz. Drużyna piłkarska spędziła już dziewięć dni pod powierzchnią ziemi. Pomimo tego „dzieci są w dobrej kondycji, śmieją się i żartują" - podaje Reuters. Według niektórych członków tajskich władz zaczęła się jednak walka z czasem. Wszystko przez to, że w najbliższych dniach pogoda ma się znacznie pogorszyć.

By dostać się do chłopców nurkowie muszą płynąć pod prąd /Thai NAVY SEAL HANDOUT /PAP/EPA

Droga do zaginionych prowadzi przez kilkukilometrowe, pełne mułu, zalane tunele. Według specjalistów z tajskiej marynarki zespół piłkarski może pozostać w jaskini Tham Luang aż do czasu, gdy skończy się pora deszczowa i wody opadną.

Są też jednak tacy, którzy twierdzą, że chłopców będzie można uratować w przeciągu kilku następnych dni jeśli sprzyjać będzie pogoda, woda zostanie wypompowana z jaskini, a grupa nauczy się, jak używać sprzętu nurkowego.

Dyrektor Departamentu Zapobiegania Katastrofom Kobchai Boonarana powiedział, że oceny tego, czy chłopcy są wystarczająco silni, by przetrwać drogę na powierzchnię powinien podjąć się zespół ratunkowy, który dotarł do zaginionej grupy.

Naszym zadaniem jest wypompowywanie wody i to zespół ratunkowy, oceni poziom bezpieczeństwa i to, czy dzieci mogą bezpiecznie podróżować - podkreślił Boonarana.


Major Chajakum, który zajmuje się zarządzaniem akcją twierdzi, że podróż do chłopców i z powrotem na powierzchnię zajmuje nurkom 11 godzin. Podkreśla też, że w drodze nurkowie muszą płynąć pod prąd.

Gubernator prowincji Chiang Rai Narongsak Osottanakorn twierdził z kolei, że nie trzeba wydostawać całej grupy na powierzchnię jednocześnie i alarmuje, że decyzję trzeba podjąć jak najszybciej.

Oceniamy warunki pogodowe, jeśli deszcz będzie nadal padał i podniesie się poziom wody, to trzeba się zastanowić ile godzin, dni nam zostało?  - zapytał.

Szukając kontaktu

Niektórzy krewni chłopców pojawili się przed jaskinią w czwartek rano, widzieli jak ratownicy wchodzili do wejścia jaskini. Przyznawali, że to kojący widok w porównaniu do tego, co przeżywali przez kilka dni, kiedy nie wiedzieli gdzie chłopcy są i czy żyją.

Na razie nie możemy jeszcze przesyłać im żadnych wiadomości - poinformowała Ratdao Chantrapul, matka 14-letniego Prajaka Suthama, który jest w jaskini.

Wczoraj za pośrednictwem ratowników próbowaliśmy przekazać telefon komórkowy w specjalnej torbie, ale niestety pękła - dodała.


Ratownicy musieli poradzić sobie z kapryśną pogodą. Na początku akcji intensywne opady znacznie komplikowały ich plany, ale w ostatnich dniach aura się poprawiła. To ułatwiło dostanie się do drużyny. Ratownicy przekazali chłopcom wodę, jedzenie i leki w czasie gdy inna część ekipy ratunkowej wypompowywała wodę z jaskini.

Niestety, tajski odpowiednik Instytutu Meteorologii i Gospodarki wodnej ostrzegł, że w znacznej części kraju - w tym w prowincji Chiang Rai - od 7 do 12 lipca deszcze będą bardzo intensywne.

Nurkowanie na ślepo

Do akcji ratowania chłopców zgłasza się wielu ochotników. Zespół to prawdziwa międzynarodowa mieszanka. Tworzą go policjanci z Australii, wojskowi z USA i Wielkiej Brytanii oraz około 1000 żołnierzy z Tajlandii.

Rafael i jego syn Slomi Arousz, którzy pochodzą z Izraela, ale mieszkają w Tajlandii przejechali 12 godzin, by pomóc ratownikom. Obaj są nurkami.


Starszy z panów - Rafael - był nie raz w jaskini, w której przebywają chłopcy. Jest bardzo wąska, warunki w jakich pracują nurkowie są ekstremalne. Widoczność jest fatalna. To tak, jakby nurkowało się na ślepo - powiedział Reuters.

Przyznał, że jeżeli chłopcy będą nurkować, to będzie to dla nich ogromne wyzwanie: Nauka nurkowania jest łatwa, ale to niezwykłe nurkowanie. W końcu to jaskinia.


(nm)