​Pięcioletni Alex zaginął w gęstych lasach Transylwanii, gdzie królują niedźwiedzie brunatne. Przez trzy dni cała Rumunia żyła poszukiwaniami chłopca. Na szczęście, zakończyły się on szczęśliwie - chłopiec został odnaleziony żywy, choć wyziębiony i przemoczony.

  • Pięcioletni chłopiec zaginął w lesie pełnym niedźwiedzi brunatnych w Rumunii.
  • W poszukiwaniach brało udział prawie 500 osób - policjantów, strażaków, ratowników i wolontariuszy.
  • Więcej informacji z Polski i świata znajdziesz na RMF24.pl.

Wszystko zaczęło się w poniedziałek, gdy pięcioletni Alex towarzyszył ojcu podczas pracy przy budowie ogrodzenia elektrycznego na skraju lasu w pobliżu wioski Sebeșu de Jos w Transylwanii. Wystarczyła chwila nieuwagi - chłopiec pobiegł w krzaki i zniknął bez śladu. Ojciec natychmiast rozpoczął poszukiwania, wielokrotnie wołając syna po przezwisku. Gdy zapadł zmrok, a chłopca nie udało się odnaleźć, powiadomiono policję.

Masowa mobilizacja i walka z czasem

W akcję poszukiwawczą zaangażowało się niemal 500 osób - policjantów, strażaków, ratowników górskich oraz ochotników z okolicznych miejscowości. Przeszukiwano teren o powierzchni 1500 hektarów, a każda godzina działała na niekorzyść zaginionego dziecka. Sytuację dodatkowo komplikowały trudne warunki pogodowe oraz fakt, że lasy te są naturalnym siedliskiem największej w Europie populacji niedźwiedzi brunatnych. Ataki tych zwierząt na ludzi nie należą tam do rzadkości.

Mimo ogromnego zaangażowania ratowników, przez dwa dni nie udało się natrafić na żaden ślad Alexa. Rodzina chłopca przeżywała prawdziwy koszmar, a cała Rumunia śledziła rozwój wydarzeń z zapartym tchem. Nadzieja na szczęśliwy finał malała z każdą upływającą godziną, a groźba hipotermii i spotkania z dzikimi zwierzętami stawała się coraz bardziej realna.

Przełom i szczęśliwe zakończenie

W środę, około godziny 13:00, załoga wojskowego śmigłowca dostrzegła chłopca na polanie wśród drzew. Alex siedział na zboczu, z rękami założonymi na piersi, patrząc w górę. Ratownicy na ziemi dotarli do niego 40 minut później. Chłopiec był przemoczony i wyziębiony, ale żył. Znaleziono go dwa i pół kilometra od miejsca, w którym zaginął. Natychmiast trafił do szpitala, gdzie dochodzi do siebie po dramatycznych przeżyciach.

Ojciec Alexa nie krył wzruszenia i wdzięczności wobec wszystkich, którzy zaangażowali się w akcję ratunkową. Chcę podziękować wszystkim z całego serca. Byłem tak niecierpliwy i krzyczałem, myśląc o tym, co mogło się stać - mówił po zakończeniu poszukiwań.