Francuski rząd postanowił wysłać listy do wszystkich obywateli w wieku 29 lat. Cel? Przypomnieć im, że zegar biologiczny tyka i że to najwyższy czas, by pomyśleć o powiększeniu rodziny. W ten sposób Paryż chce walczyć z kryzysem demograficznym.
- We Francji rozesłane zostaną oficjalne listy do osób w wieku 29 lat, przypominające o konieczności myślenia o założeniu rodziny.
- Rząd podkreśla, że płodność to wspólna odpowiedzialność kobiet i mężczyzn.
- Francja, podobnie jak inne kraje europejskie zmaga się z niską dzietnością.
- Eksperci wskazują, że zamiast symbolicznych listów, rząd powinien skupić się na realnych działaniach.
- Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
Wyobraź sobie, że masz 29 lat, żyjesz we Francji i pewnego dnia w twojej skrzynce pocztowej ląduje oficjalny list od Ministerstwa Zdrowia. Nie jest to jednak zaproszenie na bezpłatne badania czy informacja o nowym programie wsparcia - to przypomnienie, że warto już pomyśleć o dzieciach.
Akcja, choć skierowana zarówno do kobiet, jak i mężczyzn, już na starcie wzbudziła kontrowersje. Rząd podkreśla, że "płodność to wspólna odpowiedzialność kobiet i mężczyzn", ale nie da się ukryć, że presja społeczna w tej kwestii od zawsze spadała głównie na kobiety.
Wiek 29 lat nie jest przypadkowy - to symboliczna granica, za którą, według wielu, zaczyna się "wyścig z czasem" w kwestii płodności. Jednak czy naprawdę to list od urzędnika ma być tym, co przekona młodych Francuzów do zakładania rodzin?
Francja, podobnie jak wiele innych krajów europejskich, boryka się z rosnącym problemem niskiej dzietności. Wskaźnik urodzeń wynosi obecnie 1,56 dziecka na kobietę, podczas gdy dla zachowania stabilnej liczby ludności potrzeba co najmniej 2,1. To nie tylko kwestia liczby dzieci - to także poważne wyzwanie dla systemu emerytalnego, opieki zdrowotnej i całego modelu państwa opiekuńczego.
Rządy prześcigają się w pomysłach, jak odwrócić ten trend. Węgry wprowadziły spektakularne ulgi podatkowe dla matek, a temat dzietności stał się jednym z ulubionych wątków polityków o konserwatywnych poglądach. Jednak czy takie działania rzeczywiście rozwiązują problem, czy tylko przykrywają prawdziwe przyczyny niechęci młodych do zakładania rodzin?
Jak zauważa dziennik "The Guardian", kluczowym problemem nie jest brak świadomości o upływającym czasie, ale realne warunki życia. Wysokie ceny mieszkań, niepewność zatrudnienia, brak stabilności finansowej - to właśnie te czynniki sprawiają, że młodzi ludzie odkładają decyzję o dzieciach na później lub rezygnują z niej całkowicie.
Zamiast wysyłać listy z przypomnieniem o prokreacji, rząd mógłby zająć się tworzeniem realnych rozwiązań: budową tanich mieszkań, wsparciem dla młodych rodzin, elastycznymi formami pracy czy rozbudową systemu opieki nad dziećmi. Bez tego nawet najbardziej kreatywne kampanie informacyjne nie przyniosą efektów.
Nie brakuje głosów, że cała akcja ma drugie dno. Jak zauważa profesor François Gemenne, debata o dzietności to nie tylko rozmowa o dzieciach, ale także o systemie emerytalnym, modelu państwa i... polityce migracyjnej. W tle pojawia się bowiem coraz częściej temat "wielkiej wymiany" - obawy przed zastąpieniem rdzennych obywateli przez imigrantów.


