Straż Graniczna oficjalnie przyznaje - były nieprawidłowości w przygotowaniu i przeprowadzeniu akcji w Jarosławiu na Podkarpaciu. Jak dowiedział się reporter RMF FM, komendant Oddziału Bieszczadzkiego wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec funkcjonariuszy odpowiedzialnych za pomyłkę przy akcji zatrzymania osoby poszukiwanej za przemyt i paserstwo. Pod koniec stycznia zamiast do mieszkania przestępcy strażnicy wtargnęli do lokalu zajmowanego przez ojca samotnie wychowującego trójkę dzieci.

Zdj. ilustracyjne /RMF FM

Funkcjonariuszom grozi upomnienie, nagana, obniżenie stopnia, a nawet wydalenie ze służby. Niestety, Straż Graniczna nie podaje o jakie nieprawidłowości chodzi, ani kto się ich dopuścił. 

Postępowania dyscyplinarne w bieszczadzkim oddziale to efekt kontroli przeprowadzonej przez Komendę Główną Straży Granicznej. A sprawozdanie z kontroli jest niejawne, bo zawiera informacje dotyczące działań operacyjnych tłumaczy - rzecznik komendy.

Oddział bieszczadzki zapewnia jednocześnie, że wdrożono odpowiednie działania naprawcze, czyli że przygotowano zmiany w sposobie działania wydziału interwencyjnego tak, żeby do podobnych sytuacji w przyszłości nie dochodziło.

W styczniu antyterroryści z Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej wtargnęli w Jarosławiu do lokalu mężczyzny, o którym sądzili, że jest niebezpiecznym przestępcą. Powalili go na ziemię - mężczyzna doznał uszkodzenia barku, miał też posiniaczone plecy. Zorientowali się, że doszło jednak do pomyłki, bo oprócz schwytanego w mieszkaniu była trójka dzieci - kilkuletnia dziewczynka i dwóch nastoletnich chłopców. Osoba, którą chcieli schwytać, miała mieszkać samotnie.

Według nieoficjalnych informacji reportera RMF FM, Straż Graniczna prowadziła obserwacje lokalu i miała informacje, że poszukiwany przebywa pod tym adresem i odbiera tam korespondencję.

Straż Graniczna tłumaczyła, że do błędu doszło... przez remonty, które kilka tygodni wcześniej zaczął właściciel kamienicy. Zmienił miejsce zamieszkania poszczególnych mieszkańców. W konsekwencji okazało się, że osoba, która była w naszym zainteresowaniu, mieszkała na innymi piętrze - mówił w styczniu Piotr Zakielarz z Bieszczadzkiego Oddziału SG. 

(az)