Zawierucha zaczęła się po godzinie 23, gdy wróciła pierwsza warta nocna. Najpierw zaczął wiać mocny wiatr, kora zaczęła spadać z drzew, zaczęliśmy się bać. Gdy zaczął padać deszcz, spadło pierwsze drzewo, potem reszta. Drzewo nagle spadło także na naszego drużynowego, (...) ma złamane żebra - tak w rozmowie z dziennikarzem RMF FM dramat w Suszku opisuje Oliwer, jeden z harcerzy biorących udział w obozie.
Nasza cała drużyna poleciała do jeziora, po prostu siedzieliśmy tam półtorej godziny. Gdy ucichł wiatr, to pobiegliśmy na zbiórkę. Wtedy poszliśmy już do Modlnika, pilnowałem tam młodszych, a starsi poszli ogarniać ognisko i dożyliśmy do rana - relacjonuje Oliwer.
Myśleliśmy, że to będzie burza jak każda inna, może troszeczkę mocniejsza, ale nie spodziewaliśmy się, że drzewa, które powinny wytrzymać, złamią się w połowie, i to nie jedno, ale prawie cały las - dodaje harcerz.
Grupa dochodzeniowo-śledcza policji i prokurator zabezpieczyli już ślady na terenie obozu harcerskiego w Suszku w Pomorskiem.
Dzieci, którym nic się nie stało, trafiły do miejscowości Nowa Cerkiew. Stamtąd większość z nich odebrali rodzice. Pozostali harcerze wrócą do Łodzi podstawionymi autokarami.
Tragedia w Suszku. Będą kontrole obozów wakacyjnych w całej Polsce
(ph)