Szef resortu spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński został w szczecińskiej delegaturze Prokuratury Krajowej przesłuchany w charakterze świadka w związku ze śledztwem w tzw. "aferze melioracyjnej". W tej spawie zarzuty korupcyjne usłyszał poseł Platformy Obywatelskiej Stanisław Gawłowski.

Joachim Brudziński przed budynkiem prokuratury / Marcin Bielecki /PAP

Wniosek dowodowy o przesłuchanie ministra spraw wewnętrznych i administracji Joachima Budzińskiego złożył obrońca podejrzanego Stanisława G. adwokat Roman Giertych - powiedziała rzeczniczka Prokuratury Krajowej prok. Ewa Bialik. Realizując wniosek, prokurator Zachodniopomorskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Szczecinie dopuścił dowód zeznań ministra. Czynność z udziałem świadka została wykonana - dodała.

Drugi z pełnomocników posła Gawłowskiego Włodzimierz Łyczywek, pytany przez dziennikarzy po zakończeniu składania zeznań przez szefa MSWiA, czy satysfakcjonowały go odpowiedzi Brudzińskiego powiedział: "Na wszystkie moje pytania minister odpowiedział". Dotyczyły one związków szefa MSWiA z Krzysztofem B, przedsiębiorcą z Darłowa i głównym świadkiem oskarżenia, którego zeznania obciążają Gawłowskiego. Zdaniem obrońców - te związki mogły mieć wpływ na postępowanie, w którym poseł Platformy podejrzany jest o korupcję.

Przesłuchanie Brudzińskiego rozpoczęło się w poniedziałek krótko przed południem. Po około godzinie samochód z szefem MSWiA wyjechał z parkingu prokuratury. Brudziński nie rozmawiał ze zgromadzonymi tam dziennikarzami.

Gawłowskiemu w połowie kwietnia br. przedstawiono pięć zarzutów, w tym trzy korupcyjne. O areszcie tymczasowym zdecydował dwa dni później szczeciński sąd rejonowy, a sąd okręgowy podtrzymał tę decyzję mimo zażaleń posła i jego pełnomocników. W połowie lipca sąd dopuścił wyjście posła z aresztu po wpłacie 500 tys. zł poręczenia majątkowego. Kwotę tę wpłaciła rodzina polityka.

Zarzuty dotyczą okresu, gdy Gawłowski był wiceministrem środowiska za czasów PO-PSL. Według prokuratury miał przyjąć wtedy co najmniej 175 tys. zł. w gotówce, a także dwa zegarki o łącznej wartości prawie 26 tys. zł.

Gawłowski miał też nakłaniać do przyjęcia łapówki w wysokości co najmniej 200 tys. zł, ujawnić informacje niejawne i popełnić plagiat pracy doktorskiej.

Gawłowski wielokrotnie podkreślał, że jest niewinny, a śledztwo prokuratury uważa za motywowane politycznie. Wskazywał też, że zarzuty prokuratury zostały sformułowane na podstawie "pomówień" ludzi związanych z Prawem i Sprawiedliwością.