Generał Stanisław Koziej przyznał w Rozmowie o 7:00 w Radiu RMF24, że państwa, takie jak my, muszą się zorganizować. "Test polega na tym, czy podejście wspólnotowe państw niebędących mocarstwami przebije się czy nie. Jeśli nie, to staniemy się daniem na stole wielkich mocarstw" - powiedział.
Gość Piotra Salaka nawiązał do słów premiera Kanady, że następuje zmiana ładu międzynarodowego z dotychczas liberalnego, na rzecz polityki siły prowadzonej przez najsilniejsze mocarstwa. To niedobra sytuacja dla świata, Europy i dla nas - przyznał generał.
Czy te państwa średnie, niebędące mocarstwami - takie jak my - i prawie wszystkie europejskie państwa, może poza tymi, które mają broń nuklearną i mają jakieś znaczenie globalne w tej rozgrywce, czy te państwa potrafią się zorganizować. Czy podejście wspólnotowe państw niebędących mocarstwami przebije się czy nie. Jeśli nie, to staniemy się daniem na stole wielkich mocarstw - podkreślił generał Stanisław Koziej.
Nie powinniśmy wchodzić w projekt, który będzie rozwalał już do końca np. Organizację Narodów Zjednoczonych czy Radę Bezpieczeństwa (Organizacji) Narodów Zjednoczonych - powiedział Koziej, zapytany o wejście do Rady Pokoju. Szczególne zastrzeżenia generała budzi sposób funkcjonowania proponowanej Rady, w której decydujący głos miałby należeć do jednego polityka.
Rada Pokoju zorganizowana w taki sposób trochę dyktatorski wręcz, bo ten przewodniczący, czyli prezydent Trump, miałby decydujący i ostateczny głos - dodał wojskowy.
Rozważając temat Rady Pokoju, gość Salaka opowiedział się za polityką powściągliwości. Odwołał się przy tym do klasycznego przykładu z historii wojskowości. Polska powinna pamiętać, że był taki strateg Fabiusz Maksimus, który kierował się taką strategią kunktatorską. My musimy w tej sytuacji prowadzić taką kunktatorską niestety politykę, trochę przedłużania, trochę wyczekiwania, trochę zobaczenia, w którym kierunku to pójdzie - powiedział były szef BBN.
Zdaniem generała Polska znalazła się "między młotem a kowadłem". Z jednej strony nie może sobie pozwolić na otwarte odrzucenie inicjatywy najważniejszego sojusznika, z drugiej - nie powinna angażować się w projekt, który mógłby podważyć fundamenty ładu międzynarodowego.
W kontekście spekulacji o możliwym wysłaniu polskich żołnierzy na Grenlandię gen. Koziej wyraźnie rozróżnił działania sojusznicze od politycznego "wychodzenia przed szereg". Takie zgłaszanie się samemu, zawczasu wychodzenie przed szereg, w tej sytuacji nie byłoby strategią właściwą - powiedział wojskowy.
Jednocześnie zaznaczył, że Polska powinna być gotowa do udziału w ćwiczeniach NATO lub działań na wyraźne zaproszenie sojuszników. Gdyby Dania nas poprosiła, to bym to poważnie rozważał - powiedział generał.
Symboliczna obecność wojskowa miałaby sens, ale wyłącznie w ramach jasno określonych zobowiązań, bo "jakaś grupa specjalsów do działań w warunkach arktycznych jak najbardziej na takie ćwiczenia powinna pojechać".
Gość Piotra Salaka został zapytany o rozwój Sił Zbrojnych RP, w tym o koncepcję armii liczącej pół miliona żołnierzy. Generał zgodził się z samą ideą, pod warunkiem uwzględnienia rezerw. Generalnie tak. Jeśli mamy na myśli armię razem czynną i armię rezerwową - zaznaczył.
Jednak zaproponowane proporcje - 300 tys. żołnierzy zawodowych i 200 tys. rezerwistów - wzbudziły jego poważne wątpliwości. Proporcja powinna być odwrotna. To znaczy powinno być więcej rezerwistów do zmobilizowania na wypadek wojny niż mamy tego w armii czynnej - przyznał.
Generał podkreślił, że klasyczny model obronny opiera się na mniejszej armii zawodowej i rozbudowanych, dobrze przygotowanych rezerwach. Armia czynna jest mniejsza, a armia rezerwy jest większa. U nas to jakieś takie założenie odwrotne - dodał.


