Nowe ustalenia dotyczące śmierci pacjentki w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny w Warszawie. Jak ujawnia "Gazeta Wyborcza", lekarz anestezjolog, który znieczulał pacjentkę, sam zawiadomił policję i zażądał zabezpieczenia sprzętu z sali operacyjnej.
- Lekarz anestezjolog ze Szpitala Specjalistycznego im. Świętej Rodziny w Warszawie sam wezwał policję - informuje "Gazeta Wyborcza".
- Zgłoszenie dotyczyło zabezpieczenia sprzętu z sali operacyjnej; lekarz obawiał się nieprawidłowego działania instalacji i chciał, by dowody zabezpieczył niezależny podmiot.
- Co wykazała kontrola? Więcej informacji poniżej.
- Najnowsze informacje z Polski i całego świata znajdziesz na RMF24.pl.
Do zdarzenia doszło na początku grudnia 2025 roku - ciężarnej pacjentce, która zgłosiła się na drobny zabieg, podano maskę z tlenem. Miała wspomóc oddychanie podczas znieczulenia. Zaraz po tym jej stan gwałtownie się pogorszył. Po kilku dniach pacjentka zmarła.
Jak informuje "Gazeta Wyborcza", dyżurny lekarz sam powiadomił funkcjonariuszy, domagając się zabezpieczenia aparatury medycznej.
"Od naszego informatora dowiedzieliśmy się, że funkcjonariuszy wezwał anestezjolog, który tego dnia przed godz. 9. rano znieczulał ciężarną panią Kalinę i z powodu błędnego podłączenia gazów medycznych w kolumnie anestezjologicznej nieświadomie podał jej zamiast tlenu podtlenek azotu" - czytamy w "Gazecie Wyborczej".
Lekarz miał działać w obawie przed wadliwym działaniem instalacji i - jak podkreślają rozmówcy "GW" - chciał, by dowody zostały zabezpieczone przez niezależny organ.
"Czy obawiał się, że szpital będzie usiłował obarczyć go winą za to, co stało się z panią Kaliną?" - czytamy.
Z informacji uzyskanych przez "Gazetę Wyborczą" wynika, że wielu anestezjologów pracuje w szpitalach na kontraktach, jako podwykonawcy, a nie etatowi pracownicy. Jak tłumaczy chirurg z innego szpitala, "placówka nie odpowiada za popełnione przez nich błędy".
Nie dziwi mnie, że anestezjolog wezwał policję. Szpital odpowiada za prawidłowe działanie sprzętu. Jeśli ten był wadliwy, powinien go zabezpieczyć podmiot niezależny - mówi "GW".
Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce, nie zabezpieczyli jednak aparatury. Jak wyjaśniła asp. szt. Marta Haberska, "policjanci nie posiadają uprawnień ani specjalistycznej wiedzy umożliwiającej podejmowanie działań wobec specjalistycznego sprzętu medycznego, w szczególności o dużych gabarytach".
Ostatecznie sprzęt zabezpieczył personel szpitala, a sala operacyjna została wyłączona z użytkowania.
Pacjentka była w 14. tygodniu ciąży. Miała przejść krótki, kilkuminutowy zabieg ginekologiczny. Po podaniu znieczulenia dożylnego i założeniu maski z tlenem jej stan gwałtownie się pogorszył. Mimo reanimacji i przewiezienia do innej placówki, kobieta zmarła po dziesięciu dniach.
Jak ustaliła nieoficjalnie "Gazeta Wyborcza", w dokumentacji przekazanej przez pierwszy szpital pojawiło się podejrzenie zatoru płucnego. W szpitalu na ul. Wołoskiej szybko je jednak wykluczono. Dopiero później ustalono, że przyczyną były odwracalne zmiany w mózgu. "W momencie przyjęcia do szpitala na Wołoskiej kobiecie nie dało się już pomóc" - mówi informator "Wyborczej".
Jak informuje "Gazeta Wyborcza", do pomyłki mogło dojść nie w centralnej instalacji gazowej, lecz w samej kolumnie anestezjologicznej (konstrukcja sufitowa lub ścienna tworząca system zapewniający zasilanie aparatury, dostęp do gazów medycznych oraz odciąg gazów anestetycznych w bezpośrednim otoczeniu pacjenta).
"W przypadku gdy pacjent jest znieczulany dożylnie, a tlen podaje mu się z dozownika do maski założonej na twarz, monitor jest wyłączony. Z moich rozmów z informatorami wynika, że tak prawdopodobnie było w przypadku pani Kaliny. W takiej sytuacji anestezjolog, podając jej tlen z dozownika, nie mógł wiedzieć, że do maski faktycznie dociera podtlenek azotu. Gdy jednak pacjentka nie mogła już samodzielnie oddychać, musiała zostać zaintubowana i zaczęto ją wentylować mechanicznie" - podkreśla autorka artykułu Magda Roszkowska.
Postępowanie w sprawie śmierci pacjentki prowadzi obecnie Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Dochodzenie nadzoruje prokurator mający duże doświadczenie w sprawach dotyczących błędów medycznych.


