Dwa razy, w krótkim odstępie czasu, trafił na jeden z krakowskich SOR-ów pewien 60-letni mężczyzna. Niedługo po drugiej wizycie zmarł. W jego sprawie interweniowali syn i była żona. Bliscy zmarłego uważają, że lekarze mogli nie wywiązać się ze wszystkich swoich obowiązków w należyty sposób.
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
Wydarzenie z początku miesiąca prześledziła "Gazeta Wyborcza".
4 maja rodzina 60-letniego pana Wojciecha została zaalarmowana o jego pięciodniowej nieobecności w pracy. Syn zastał go w mieszkaniu "w dziwnym stanie"; mężczyzna miał problemy ze świadomością.
Nie był w stanie samodzielnie zejść do wezwanej karetki, którą trafił na SOR szpitala im. Ludwika Rydygiera.
Jego syn zostawił ratownikom swój numer i czekał na wieści do następnego poranka. Koniec końców sam dodzwonił się do rodziciela. Ten oznajmił, że wyszedł już ze szpitala, ale nie potrafił stwierdzić, kiedy.
Syn pojechał więc pod lecznicę i zastał ojca w jej pobliżu. Z informacji na Szpitalnej Karcie Informacyjnej wynika, że 60-latek został wypisany 5 maja o godz. 07:14. Do czasu przyjazdu syna przez trzy godziny stał oparty o betonowy murek - pisze "Wyborcza".
Jak relacjonują jego bliscy, miał mieć problemy ze świadomością. Jego spodnie i kurtka były zakrwawione. Medycy na SOR-ze stwierdzili, że jest "stabilny i nic mu nie dolega". Zalecono powrót do domu, zażycie leków i pokarmu.
We wspomnianej karcie informacyjnej stan mężczyzny określono jako "średni". Stwierdzono niski poziom potasu i zaburzenia elektrolitowe. Wykonano mu USG brzucha i przestrzeni zaotrzewnowej, uzupełniono elektrolity, nawodniono. Jako przyczynę przyjęcia wskazano ból nadbrzusza, choć jak podkreśla rodzina, nie to, a zaburzenia świadomości, było przyczyną wezwania karetki.
Jeszcze 5 maja przed południem, dowiedziawszy się o sytuacji, była żona chorego, pani Irena, przyjechała do szpitala i po rozmowie z rzeczniczką praw pacjenta usłyszała, że pan Wojciech zostanie przyjęty z powrotem. Mężczyzna miał problemy z poruszaniem się, upadł na beton. Na SOR wrócił na wózku, o godz. 11:03. W wywiadzie z pielęgniarką stwierdził, że mamy kwiecień 2007 r. Dwie godziny później trafił na oddział neurologiczny. W karcie wypisu z SOR-u jest mowa o "zawale mózgu". Dzień później 60-latek zmarł.
Była żona mężczyzny podkreśla w rozmowie z cytowanym medium, że być może tej śmierci nie udało się uniknąć, ponieważ pan Wojciech nie dbał o siebie i był wycieńczony, ale kobieta nie może przejść obojętnie nad tym, jak za pierwszym razem został on potraktowany na SOR-ze. Jedna z pacjentek oddziału zaświadcza, że mężczyzna był wówczas w kiepskim stanie. Miał m.in. mówić sam do siebie, że nie wie, jak wydostać się na zewnątrz.
Ordynator oddziału ratunkowego, z którym jeszcze przed śmiercią 60-latka rozmawiała jego była żona, stwierdził, że zmarły w momencie pierwszego wypisu był "w kontakcie", został nawodniony i się "poprawił". Lekarz miał też poinformować, że pan Wojciech podczas wypisu czuł się dobrze i zapewniał, że sam skontaktuje się z rodziną.
Szpital im. Rydygiera w oświadczeniu przesłanym "Gazecie Wyborczej" wskazał m.in., że mężczyzna był w stanie wyniszczenia po długotrwałym ciągu alkoholowym. Pacjent, przyjeżdżając do szpitala, miał już być świadomy i uskarżać się na dolegliwości brzuszne. Panel badań ujawnił wspomniany niski poziom potasu i elektrolitów. W opinii lekarzy mogło to być przyczyną wcześniejszych objawów.
"Pacjenta pozostawiono w SOR na całonocnej obserwacji, nawodniono, uzupełniono poziom potasu i uzyskano poprawę stanu ogólnego [...]. Mężczyzna w godzinach porannych (następnego dnia) samodzielnie opuścił SOR, co potwierdza zabezpieczone nagranie szpitalnego monitoringu. Pacjent był chodzący, bez zaburzeń i dolegliwości, mogących stanowić podstawę do dalszej hospitalizacji. W karcie pacjenta wpisany był kontakt telefoniczny do syna, jednak przy wypisie mężczyzna nie zgodził się na powiadomienie wskazanej osoby i zapewnił, że kontaktować się będzie osobiście" - informuje szpital.
Rzeczniczka szpitala, którą cytuje "GW", wskazała, że zawał mózgu jest jedną z wielu możliwych przyczyn nagłego zgonu. Pewność da dopiero sekcja zwłok.
Pani Irena pyta, czy lekarze, widząc, w jakim stanie był jej były mąż, mogli traktować poważnie jego zapewnienia, że da radę sam wrócić do domu.
Kobieta zamierza zgłosić sprawę do działającego pod nadzorem ministra zdrowia ogólnopolskiego Rzecznika Praw Pacjenta.


