​Konwój humanitarny jadący do kontrolowanej przez rebeliantów dzielnicy syryjskiego Homs nie dojechał na miejsce, bo został ostrzelany przez snajperów. Miała to być pierwsza pomoc z zewnątrz dla dystryktu od 5 miesięcy.

​Konwój humanitarny jadący do kontrolowanej przez rebeliantów dzielnicy syryjskiego Homs nie dojechał na miejsce, bo został ostrzelany przez snajperów. Miała to być pierwsza pomoc z zewnątrz dla dystryktu od 5 miesięcy.
Zniszczony budynek w Homs /SANA / HANDOUT /PAP/EPA

Przedstawiciele Organizacji Narodów Zjednoczonych poinformowali, że konwój nie dotarł z "przyczyn bezpieczeństwa". W dzielnicy kontrolowanej przez rebeliantów - do którego zmierzał konwój - znajduje się ok. 50 tysięcy osób. Wszyscy od kilku miesięcy żyją bez dostaw żywności i leków z zewnątrz.

Konwój został ostrzelany w poniedziałek. Do podobnego ataku doszło także w niedzielę - dwóch snajperów strzelało do pracowników humanitarnych w dzielnicy będącej pod kontrolą wojska rządowego. Przynajmniej jedna osoba została ranna.

Nie wiadomo, kto stoi za tymi atakami. Rebelianci uważają, że ogień otworzył "reżim i wspierające go milicje", a celem mieli być delegaci ONZ. Jako dowód wskazują na to, że strzały dochodziły z wieży, stojącej w kontrolowanej przez rząd części miasta.

Syryjski rząd i jego media nie skomentowały sprawy.

Kontrolowana przez rebeliantów dzielnica Waer od dwóch tygodni jest bombardowana przez wojsko syryjskie. Według lokalnych dziennikarzy w wyniku ataków zginęło przynajmniej 23 ludzi, a rannych zostało ponad 150 osób. 

(az)