Na całym świecie ponad 100 stanowisk ambasadorskich USA pozostaje nieobsadzonych w okresie, w którym liczne konflikty i napięcia wymagałyby zaangażowania profesjonalnych dyplomatów. Donald Trump nie ufa jednak obcym, a ważne misje powierza "specjalnym wysłannikom" i członkom rodziny. "To sytuacja bez precedensu" - ocenia magazyn "Atlantic".
- Ponad 100 stanowisk ambasadorów USA na świecie pozostaje nieobsadzonych, mimo rosnących napięć międzynarodowych i zaangażowania Waszyngtonu w liczne konflikty.
- Według magazynu "Atlantic" Donald Trump nie ufa zawodowym dyplomatom i kluczowe misje oraz negocjacje powierza osobom z najbliższego otoczenia, w tym rodzinie i wieloletnim współpracownikom.
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na RMF24.pl. Bądź na bieżąco.
USA są zaangażowane w wojnę z Iranem, toczą zimną wojnę z Rosją i Chinami (nawet jeśli prezydent Trump jeszcze tego nie zrozumiał). Do tego dochodzą wojny handlowe, możliwa interwencja na Kubie czy obsesyjne dążenia do przejęcia Grenlandii (a co za tym idzie, konfrontacja z NATO).
Wydawać by się mogło, że to właściwy moment, by postawić na zawodowych dyplomatów. A jednak administracja Donalda Trumpa pozostawiła ponad 100 nieobsadzonych stanowisk ambasadorskich - wylicza publicysta magazynu "Atlantic" Tom Nichols.
"Trump umieścił skrajnie żenujące i niekompetentne osoby w szczególnie ważnych ambasadach, w tym w Jerozolimie i Paryżu" - podkreśla autor.
Jak komentuje, dowodzi to nie tylko lekceważenia prezydenta dla dyplomacji, ale też jego zadawnionej niechęci do ekspertów i profesjonalistów w ogóle. Woli stawiać na przyjaciół i członków rodziny, toteż większość ważnych misji, jak negocjacje między Rosją i Ukrainą, czy rozmowy z Iranem, powierzył swemu zięciowi Jaredowi Kushnerowi i przyjacielowi z sektora nieruchomości - Steve'owi Witkoffowi.
A przecież próba mediowania w rozmowach między Kijowem a Moskwą, gdy USA nie mają ambasadora w żadnym z tych krajów, nie tylko nie jest skuteczna, ale "jest głupia" - ocenia autor.
Reuters przekazał niedawno, że rządy innych państw pomijają tradycyjne kanały komunikacji z Waszyngtonem i "budują swą sieć dyplomatyczną wokół małej grupy ludzi mających bezpośredni dostęp do prezydenta".
"Jeśli jesteś małym krajem jak Grecja i musi ci wystarczyć jako ambasador Kimberly Guilfoyle, była dziewczyna Donalda Trumpa Jr., to możesz nie mieć żadnych produktywnych interakcji z amerykańskim rządem" - pisze Nichols.
"Ale jeśli liczysz się dla Trumpa na tyle, że odwiedzi cię jego zięć, wtedy wiesz, że naprawdę rozmawiasz z Waszyngtonem" - dodaje.
Być może Trump po prostu nie ufa nikomu, kto nie należy do jego najbliższego kręgu, boi się, że zdradzone zostaną jego plany i sekrety, "zwłaszcza jeśli to, czego chce, jest nieetyczne lub nawet nielegalne" - rozważa Nichols.


