Islandia przez lata konsekwentnie trzymała się z dala od Unii Europejskiej. Jednak wydarzenia ostatnich miesięcy sprawiły, że mieszkańcy wyspy zaczęli poważnie rozważać zmianę kursu. Jak donosi "New York Times", niepokojące sygnały płynące zza oceanu, a zwłaszcza groźby prezydenta Donalda Trumpa pod adresem Grenlandii, stały się katalizatorem tej politycznej rewolucji.

  • Ostatnie zachowania prezydenta Trumpa i jego zainteresowanie Grenlandią, wzbudziły niepokój w Reykjaviku.
  • Premierka wyspy przyznaje, że kryzys grenlandzki zmienił nastroje społeczne.
  • Rząd Islandii planuje referendum w sprawie wznowienia negocjacji akcesyjnych z UE.
  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Islandia jest jedynym krajem członkowskim NATO, który nie posiada własnych sił zbrojnych. Przez dekady wyspa mogła jednak liczyć na wsparcie Stanów Zjednoczonych i gwarancje bezpieczeństwa płynące z sojuszu. Jednak ostatnie działania Waszyngtonu, w tym nieprzewidywalne wypowiedzi prezydenta Trumpa oraz jego zainteresowanie Grenlandią, wywołały niepokój wśród Islandczyków. W Reykjaviku coraz częściej słychać głosy, że Ameryka nie jest już tak wiarygodnym partnerem jak dawniej.

W marcu tego roku Islandia i Unia Europejska podpisały umowę o partnerstwie obronnym, która ma wzmocnić bezpieczeństwo wyspy. Jednak to nie wystarczyło, by rozwiać wszystkie obawy. Rząd Islandii zdecydował się więc na odważny krok - w sierpniu odbędzie się referendum, w którym mieszkańcy zdecydują, czy wznowić przerwane w 2015 roku negocjacje akcesyjne z UE.

Kryzys grenlandzki i zmiana nastrojów społecznych

Premierka Kristrun Frostadottir nie ukrywa, że "kryzys grenlandzki zdecydowanie zdenerwował" Islandczyków. W lutym przyznała otwarcie, że nastroje społeczne uległy wyraźnej zmianie.

Wypowiedzi amerykańskiego prezydenta, który nie tylko groził Grenlandii, ale także mylił ją z Islandią, wywołały falę oburzenia na północnoatlantyckiej wyspie. Oliwy do ognia dolał nominowany przez Trumpa ambasador USA w Reykjaviku, Billy Long, żartując, że "Islandia mogłaby zostać 52. stanem Ameryki".

Te wydarzenia sprawiły, że wielu Islandczyków zaczęło poważnie zastanawiać się nad przyszłością swojego kraju. Czy lepszym rozwiązaniem będzie dalsza izolacja, czy może jednak bliższa współpraca z Unią Europejską?

Rozmowy akcesyjne

Jednym z głównych argumentów przeciwników akcesji do UE od zawsze była obawa o los islandzkiego rybołówstwa. To właśnie ta gałąź gospodarki stanowi o sile i niezależności kraju. Islandczycy nie chcą, by Bruksela narzucała im kwoty połowowe czy otwierała rynek na zagraniczną konkurencję. Jednak, jak podkreśla "New York Times", Unia Europejska sygnalizuje dziś gotowość do kompromisu w tej kluczowej sprawie. To może być przełom, który przekona niezdecydowanych.

Sytuacja gospodarcza Islandii również nie jest wolna od wyzwań. Notowania islandzkiej korony są niestabilne, a inflacja sięga 5,2 procent - to prawie dwa razy więcej niż średnia w krajach Unii Europejskiej. Dodatkowo, wysokie koszty importowanej żywności z UE coraz bardziej dają się we znaki mieszkańcom wyspy. Eksperci podkreślają, że przystąpienie do wspólnoty mogłoby przynieść Islandii wymierne korzyści gospodarcze, stabilizując walutę i obniżając ceny wielu produktów.

Proces akcesyjny Islandii został zamrożony w 2013 roku, w czasie, gdy strefa euro przeżywała poważny kryzys po globalnym załamaniu finansowym. Dwa lata później rozmowy zostały całkowicie wstrzymane. Dziś, w obliczu nowych wyzwań, Islandia wraca do stołu negocjacyjnego. Wczesne sondaże pokazują, że społeczeństwo jest podzielone niemal po równo - zwolennicy i przeciwnicy akcesji mają podobne szanse.

Dla Unii Europejskiej Islandia to nie tylko atrakcyjny partner gospodarczy, ale także strategiczne "okno na Arktykę". Położenie wyspy na północnym Atlantyku czyni ją kluczowym punktem na mapie geopolitycznej regionu, o który rywalizują dziś największe światowe mocarstwa.